niedziela, 6 listopada 2022

Przecież wszyscy wiedzą

 Napisałam książkę pod tytułem "Genetyka bogów". Słowo bogowie jest napisane małą literą, a nie wielką. Wiele osób się dziwi i zapytuje, czy to nie błąd. Nie, to jest poprawna ortografia. Tym słowem określa się wiele, choćby bóg filmu, czy muzyki. Mamy na myśli nadzwyczajną osobę, najlepszą w tej dziedzinie, o niebiańskich cechach i możliwościach.

Moja książka opowiada o bogach, których się widuje od najdawniejszych czasów, ale w bardzo dziwnych formach i sytuacjach. Aż trudno uwierzyć, jak bardzo się zmieniali ci rzekomi bogowie w ciągu stuleci. Wreszcie doszliśmy do naszych czasów. 

Kiedyś mieli aureole, co przetrwało, ale w innym znaczeniu, mieli skrzydła, bo przecież musieli mieć, jak by się poruszali. W naszych czasach mówi się o nich zabawnie:  latające talerze. 
Są również istoty, które na nich przyleciały. Poznaliśmy rzekomo kilka ich ras: od małych, zabawnych zielonych ludzików, poprzez brzydkie i niebezpieczne szaraki, aż do istot przypominających ludzi, o czym już pisałam. 




Jeszcze kilka dziesięcioleci temu  ludzie zbierali się  na pustych przestrzeniach, by obserwować przylot talerzy. Ta subkultura zanikła. W każdej epoce historii ich postrzeganie zależało od jednego: od stanu nauki i od sposobu pojmowania rzeczywistości. O tym jest właśnie "Genetyka bogów", książka została wydana w roku 1999. A jak teraz ich postrzegamy? Kto się domyśli?

niedziela, 30 października 2022

Odpadziochy

 Albo uszkodzony zdybek - tak nazywano dzieci oddane po urodzeniu do specjalnego zakładu, jak napisałam w opowiadaniu "Najpiękniejszy dzień na śmierć", zamieszczonym w tomie "Plan".

Dwoje takich dzieci, dziewczynka i chłopiec, przedostało się przez mur na łąkę. Dziewczynka umiała mówić tylko Gaga, a chłopiec Jac. Upadli na trawę, po raz pierwszy w życiu poczuli zapach kwiatów. W zakładzie nie poddawano ich żadnej terapii, choć tak zapewniano rodziców.

Na łące obudziły się ich zmysły, dotąd zamknięte, gdyż dzieci tylko leżały i czasami dostawały coś do jedzenia. W zakładzie zawyły syreny, dwóch strażników z bronią wyszło, by szukać uciekinierów. Na łąkę przyszedł również chłopiec z dziewczyną, mieszkający w osiedlu. Ich rodzice również oddali ich rodzeństwo zaraz po urodzeniu, gdyż ich mózgi nie funkcjonowały, jak ich zapewniano. Miały się rozwinąć dzięki terapii, ale rodzice nigdy się nie interesowali, co się stało z ich dziećmi.

Gaga i Jac biegli dalej, wchłaniali kolory, wrażeń przybywało. Jadący drogą wóz z zabawkami podwiózł ich kawałek. W sklepiku na stacji benzynowej oszołomiły ich zapachy cukierków. 




 Wtedy podjechał wóz z antyterrorystami, mężczyźni z bronią rozbiegli się tyralierą. Dzieci biegły ścieżką w górę. Wtedy zbudziła się świadomość chłopca. "Jestem" - powiedział. Padł strzał. "I ja jestem" - szepnęła dziewczynka. Jej ciało upadło obok chłopca. 

 

niedziela, 23 października 2022

Wyraźne nazwisko

 To oczywiście Bruno Zwarra. Dwie głoski r oraz dźwięczne w i z nadają temu nazwisku tonację.Ale nie z tego powodu je słychać. Jest chwałą dzielnicy Biskupia Górka. Właśnie trwa rewitalizacja tej dzielnicy. Mam nadzieję, że zachowa swój charakter, gdyż kocham w niej wszystko: kompozycję, okna, drzwi, bruki. Chciałabym, aby się zachowały. Na pewno nadal pozostanie Bruno Zwarra - w pamięci, muralach, tablicach i w mojej powieści "Królowa Salwatora".

 

Miała górę roboty. Elwira stała przed biurkiem zawalonym książkami. Leżały tam również mapy Gdańska i wiele fotografii Brunona Zwarry. Z przygnębieniem i niepokojem wodziła wzrokiem po poszczególnych egzemplarzach, usiłując obliczyć, ile czasu zajmie pobieżne choćby ich przeglądanie, a musiała poznać szczegóły, wynotować wydarzenia, które zaciekawią gości zaproszonych na uroczystość poświęconą pisarzowi.

Westchnęła i spojrzała na piętrzące się stosy książek. Skojarzyła je z górą piachu, przekopywała się przez nią dziecięcą łopatką. Pisała szczegółowy scenariusz uroczystości, rozdzielała role, a do każdej należało wyszukać cytaty z książek pana Brunona.


Spojrzała na ścianę. Już dawno zawiesiła na niej za szkłem portret pisarza, starszego mężczyzny o dość pociągłej twarzy. Pod ramką widniał napis: "Brunon Zwarra, gdański pisarz. Mieszkał na Biskupiej Górce".  Zasłużył na to, by go szanować i uczcić. Doskonałą okazją jest święto dzielnicy. Pisał o niej, o swoim mieszkaniu i o sąsiadach, Polakach i Niemcach. Poznał wielu dobrych, porządnych i uczciwych. Brakowało mu do setki kilku lat. Oby dożył do rocznicy stulecia niepodległości.

Jakże czułaby się zaszczycona, gdyby mógł zasiąść w fotelu, przyjmować życzenia i kwiaty, podpisywać książki, spoglądać na zawieszone na stelażach fotografie, ilustrujące wydarzenia i opisane miejsca, słuchać fragmentów, które będą czytać dzieci przychodzące do biblioteki. Ta część przygotowywanej uroczystości zajęła masę czasu: poprawiała dykcję. Uparła się, że nie będą czytać przez mikrofon. Takie popisy recytatorskie są w szkole po to, by nauczyły się mówić, oddychać z przepony, posyłać głos na salę. Cierpliwie poprawiała czytających i nie przepuszczała żadnego błędu.


Potarła ręką czoło, aby sobie przypomnieć, w którym tomie "Wspomnień gdańskiego bówki", znajdzie potrzebne sceny. Widziała w pamięci całe akapity, lecz nie zapamiętała numeru strony. Westchnęła, czekało ją przeglądanie rozdział za rozdziałem. Już wyciągała rękę, by sięgnąć książkę ze stosu na biurku. Ułożyła je tematycznie, dodając dzieła na temat miasta, jego zabytków i historii. Wystawały z nich tekturki zakładek. Sama je tam wkładała, zaznaczając ciekawe wiadomości.