Translate

niedziela, 26 czerwca 2022

Poecie po pysku

 

Debiutujący poeta ma okazję po raz pierwszy zaprezentować swoją twórczość przed publicznością. Wychodzi z domu pełen nadziei, wraca z podbitym okiem, rozczarowany środowiskiem, wsparcie rodziny nie pozwala mu się poddać. Młoda dziewczyna błąka się o poranku po okolicznych śmietnikach w poszukiwaniu odpadków do zjedzenia. Nie ma wiele czasu, musi zdążyć na pierwszą lekcję do szkoły. Świetnie się uczy, ale warunki życiowe nie pozwalają jej na rozwój. Tych dwoje pochodzi z różnych, skonfliktowanych ze sobą światów. A jednak poczują do siebie niezwykłą sympatię.


Akcja powieści toczy się współcześnie w Gdańsku i porusza aktualne problemy. Tematem jest ratowanie upadającej kultury podczas nagłej ciszy, czyli pandemii. Kultura to fundament narodu, jak powiedział Jan Paweł II, a słowa te przytacza jeden z bohaterów książki.

Problemy rodziny Bartka Górnickiego stanowią jeden z głównych wątków. Bartek, chłopiec po maturze, pragnie wydać tomik wierszy. Promuje go niejaki Lidek, umożliwiając mu spotkanie z publicznością w swoim klubie, który okazał się domem schadzek dla bogatych: dziewczyny idą z mężczyznami na piętro. Bartek zostaje pobity na scenie, do czytania wierszy w ogóle nie doszło. Lidek rzekomo zawiera z nim umowę na wydanie książki.

Jego rodzina zachowuje wielkopańskie maniery, lecz na eleganckiej kolacji podaje się chleb z cienkimi plasterkami sera i pasztetówkę. Pomaga im finansowo siostra ojca. Wspomina wciąż kulturę sprzed lat, ważne postacie, jak choćby Cybulskiego. To bardzo wartościowy wątek, czytelnicy mogą wiele dowiedzieć się o kulturze Gdańska sprzed kilkudziesięciu lat. Ariadna miała pewien konflikt ze służbami specjalnymi.

Ojciec nie ma charakteru i nie jest w stanie napisać książki, mimo że rzekomo nad nią pracuje. Powtarza: "Bądź mężczyzną", lecz nim nie jest, co syn spostrzega w końcu. Rezygnuje z literatury, chce studiować kierunek techniczny. Zmienia swoje życie, widząc upadek ojca.

Ważną postacią jest Olga Hetka, bardzo biedna piętnastolatka. Szuka jedzenia na śmietniku i w koszu w szkolnym bufecie. Bardzo zdolna, lecz prześladowana przez koleżanki i kolegów z klasy. Tępy belfer doprowadza do wyrzucenia jej ze szkoły, mimo że to ją w klasie pobito.. Zaopiekował się nią Kuba, najlepszy uczeń, zdobył dla niej komputer, pomoc socjalną i uczy ją, by wzięła udział w Konkursie Matematycznym w Oxfordzie. Dziewczyna zdobyła pracę jako kelnerka w klubie Lidka, lecz nie uległa demoralizacji. Nieustannie rozwiązuje zadania. Bartek chce ją zdobyć, zaimponować wiedzą, ale źle się zachowuje, co z tego wyjdzie?

Pewien starszy pan, naprawiający urządzenia w knajpie Lidka, dawny znajomy Lili, redaktorki free lance, okazuje się wielkim durniem, opowiadając o historii, jednakże podwozi Olgę uczciwie do jej domu. Wiele się dzieje wokół Lili. Kuba załatwił, żeby Lili przychodziła do niej uczyć się. Lili została okradziona przez dziewczynę, która jej sprząta, Olga została uznana za podejrzaną. Kuba pomógł jej się oczyścić.

W wątku politycznym bierze udział Wojtek, bardzo uczciwy i porządny. Otrzymuje zadanie i szansę pracy dla rozwoju kultury. Bierze udział w kilku zebraniach rzekomej partii, gdzie wychodzą na jaw ich nikczemne motywy.

Pan Gutter, cukiernik, dobry człowiek i życzliwy, został poproszony przez pana Rhode o pomoc w pewnej sprawie. Rhode mówi wyraźnie, że jest Żydem. Pan Gutter jest przerażony, ze względu na poprawność polityczną. Pan Rhode pragnie się włączyć w odbudowę zniszczonych fragmentów miasta, szczególnie dzielnicy Langfur, o której tak mówi, choć jest to Wrzeszcz. Ma poważne plany wpływania na miasto, które uważa, za należące do jego narodu.

Czy Wojtek zostanie wykorzystany, czy też uda mu się rozwijać kulturę miasta. Wiele konfliktów i trudności i sprzeczności, czy dadzą się rozplątać. Ludzie nie są jednowymiarowi, lecz skomplikowani, podobnie jak sprawy historii i kultury. Książka o problemach. Poruszam następujące wątki: polityczny, społeczny, miłosny, ale jak zostają rozwiązane?

 


niedziela, 12 czerwca 2022

Ocalenie

 
"Opowiem wam historię odnowy mojego świata. Był zdruzgotany i skazany na zagładę. Wśród płonącego asfaltu ulic przemykały się grupy ostatnich mieszkańców. Powtarzali sobie jednak pewną opowieść."
Już nie pamięta, od jak dawna mieszka w mieście, czy raczej w tym, co pozostało po domach i ulicach. Nie wie, dlaczego zblakły kolory i co się stało z dżunglą i z wodospadem, i gdzie podziały się zwierzęta, krzyczące z głębi zieleni.
Skakali w dół z wodospadu. Dlaczego zniknął ich świat, być może z powodu ludzi, którzy dawali im pieniądze za skoki do wody. Wszystko zginęło, pozostała tylko opowieść o wodospadzie, którą opowiadał im starszy człowiek, nazywany przez nich ojcem.

Jak pisałam w poprzednim poście na temat opowiadania "Wodospad", zamieszczonego w tomie "Plan", w mieście pozostała jedynie grupa nastolatków. Dostawali żywność od organizacji pomocowych, jednakże ci ludzie, zgromadzeni w białych namiotach planowali zniszczenie ocalałych, którzy przecież stanowili dla nich problem i zagrożenie. Po zakończeniu


działań wojennych miasto zamknięto i otoczono kordonem. Zakazano wstępu komukolwiek, czy to był przedstawiciel Human Rights Watch czy producent odżywek lub też przedsiębiorstwo rozbiórkowe, liczące na zysk. Potem przyszła nieznana choroba. Choć zdziesiątkowała pozostałych mieszkańców miasta, ale nie to było najstraszniejsze. Jej wynikiem była zła sława, wywołująca strach w świecie. Odtąd nikt już nie mógł opuścić miasta. Każdego uważano za nosiciela niebezpiecznych genowirusów.

Mieszkańców trzymała przy życiu karmiąca ręka świata. Dostarczano żywność i ewentualnie wszystko, czego by potrzebowały takie obdarte brudasy koczujące wśród ruin. Świat zewnętrzny, zadowolony ze swej szczodrości, czekał w poczuciu spełnionego obowiązku. Zbyt długo, ostatni mieszkaniec powinien już dawno umrzeć.

Oni jednak trwali na ulicach, gdzie osypywał się gruz i spadały bloki betonu ze stropów, uaktywniały się bomby i czyhała zaraza. To ich głupie trwanie przy swym nic nie wartym życiu, wyczerpało cierpliwość ludzi z zewnątrz. Eksperci zapewniali, że min próżniowych nie można uniknąć, jednak mieszkańcy je omijali. "

Demokraci z zewnątrz zaczęli zadawać pytania rządowi o prawa tych istot. Liberałowie podkreślili czerwonym ołówkiem kolumnę z wydatkami łożonymi na utrzymanie miasta. Karmiąca ręką świata zaczynała się zaciskać w pięść. Palce szykowały się do zakręcenia kraniku na rurce kroplówki. "

Pod gruzami pozostały jednak bomby, wydobywające się z głębi i z wyciem lecące pod niebo, by spaść z wielką siłą. Nagle od uderzenia wytrysnęła  woda, potem opadła. Było jej bardzo dużo, spadała kaskadami, jak silny wodospad. Zalewała gruzy i spływała ulicami. 

Samochody pomocy społecznej włączyły motory i z wielką prędkością odjechały. Opuściły to miasto na zawsze. Pozostał tylko sanitariusz, lekko upośledzony, ale nauczył mieszkańców wszystkiego, co im było potrzebne do przetrwania. 





 

 

 

 

 

niedziela, 5 czerwca 2022

I kto pozostanie

 "Leżał wśród gruzów na barłogu. Od deszczu ochraniał go nawis dawnego sufitu. Pod jego łożem ze skrzyń i desek, bardziej przypominających arkę, piętrzył się pagór. Tworzyły go pokruszone ściany i ziemia, wypluta z wnętrza. Zarósł drzewami i trawą. Jego łoże stało na samym szczycie, co dawało staremu widok na większą część miasta. Wyglądało tak samo jak i jego siedlisko: pagóry gruzów porośnięte rzadkimi drzewkami, wypiętrzającymi się spomiędzy osmalonych na czarno ścian.
Leżał wciąż z zamkniętymi oczami, czując na powiekach chłodne krople wody. 
- Zbudź się, zbudź! - dobiegł go głos. 
To był chłopiec, Halber, najstarszy ze wszystkich."

Akcja opowiadania "Wodospad", zamieszczona w tomie "Plan" toczy się w zrujnowanym mieście. Dorośli już wymarli, pozostały tylko dzieci, w różnym wieku. Tego ranka przyniósł nie tylko biopicie, wyglądające jak brudna ciecz, smak miała tak samo obrzydliwy jak wygląd. Chłopiec miał w torbie jedzenie, karmiła ich litościwa ręka świata.
Tego dnia przyniósł jeszcze wiadomość, której nie rozumiał. Wokół miasta pojawiły się białe ptaki. Czym są, rozumiał tylko mężczyzna, leżący w barłogu. To namioty pomocy medycznej, która przybyła, by ratować mieszkańców, kryjących się w ruinach.  Sanitariusze nosili maski na twarzy, by nie oddychać powietrzem tym samym, co dzieci w mieście. 


Mieli w rękach kije, jak chłopiec nazywał metalowe rozpylacze. Gdy wytryśnie z nich trujący gaz, tylko przybysze będą mogli oddychać. A co z dziećmi w mieście? Tylko starszy mężczyzna znał odpowiedź. Nagle usłyszeli głośne wycie, potem syczenie. Był to wir powietrza i gazów, który pędził do przodu, obracając się wokół swojej osi.

"- Wrzeciono – szepnął chłopiec przerażony.
Przemknęło obok ich pomieszczenia. Były pozostałością po działaniach wojennych, jakie się kiedyś toczyły w tym mieście. W ziemi drzemały tysiące min próżniowych. Wojsko nie znało sposobu ich zneutralizowania. Należało czekać, aż będą samoistnie wybuchać. Ludzie z zewnątrz nie mogli ryzykować własnym życiem i przyjść do spustoszonego miasta szukać min. Mogły być wszędzie. Wiedzieli poza tym doskonale, że wykopać ich nie można
Po zakończeniu działań wojennych miasto zamknięto i otoczono kordonem. Zakazano wstępu komukolwiek, czy to był przedstawiciel Human Rights Watch czy producent odżywek lub też przedsiębiorstwo rozbiórkowe, liczące na zysk. Potem przyszła nieznana choroba. Choć zdziesiątkowała pozostałych mieszkańców miasta, ale nie to było najstraszniejsze. Jej wynikiem była zła sława, wywołująca strach w świecie. Odtąd nikt już nie mógł opuścić miasta. Każdego uważano za nosiciela niebezpiecznych genowirusów.
Mieszkańców trzymała przy życiu karmiąca ręka świata. Dostarczano żywność i ewentualnie wszystko, czego by potrzebowały takie obdarte brudasy koczujące wśród ruin. Świat zewnętrzny, zadowolony ze swej szczodrości, czekał w poczuciu spełnionego obowiązku. Zbyt długo, ostatni mieszkaniec powinien już dawno umrzeć.
Oni jednak trwali na ulicach, gdzie osypywał się gruz i spadały bloki betonu ze stropów, uaktywniały się bomby i czyhała zaraza. To ich głupie trwanie przy swym nic nie wartym życiu, wyczerpało cierpliwość ludzi z zewnątrz."
I co się wydarzy, kto pozostanie przy życiu? A może była to ostatnia bomba próżniowa?


 i 

niedziela, 29 maja 2022

A nam gra muzyka

 

Co zrobić, gdy obetną fundusze unijne, gdzie szukać pracy? Doktorek i niejaki Picol musieli założyć firmę. Znając głupotę klientów, którym można wcisnąć wszystko, byle było dobrze opakowane, a najlepiej w naukową terminologię, zaryzykowali, wzięli kredyt. Firma nazywała się Renoma. Mieściła się na brudnym strychu i była jedynie wytworem WR. 

Picol miał właśnie przyjąć pierwszego klienta, pana Zwyczajny i wmówić mu, że mają wszystko, cierpią więc na Zespół Nieprzystosowania Społecznego. 
Dla dodania odwagi Picol bębnął sobie w blat palcami. Bębi, bębi, raz czy ze dwa razy.  Przypomniało mu się wtedy. Gładko rozpoczyna mówkę, której się był wyuczył z instrukcji doktorka.
A to leciało tak:

„ZNS chorobą jest cywilizacji. Powstaje i się rozwija z nadmiaru luksusu. Etiologia jej jest urbanistyczna. Wysoko wyspecjalizowane społeczeństwa wytwarzają ją w sposób nieodzowny. Jedynie specjalistyczna, renomowana firma może tu odnieść sukces”- sypnął magicznymi słowami. – Co dalej, zapomniał. Taki był po pięcioklasówce, przyciętniak. Na szczęście, usłyszał wyznanie.
Zerol, mój syn jedyny – szepnął klient z bólem. 
Picol przypomniał sobie wtedy, co doktorek wbijał mu do łba: „To nie chłopak jest chory, rodzina ma syfa, a system ma raka”. A na czym polega terapia? „W ich schematycznym życiu każdy drobiazg poza schematem powoduje chaos. Zdruzgotani zmianą, zrobią wszystko, by ich życie stało się na powrót obrzydliwe i straszne, jak było. Zapłacą za to każdą sumę”.
O nie, Zerol nie mógł o sobie powiedzieć, że jest nieszczęśliwy, ale też nie był szczęśliwy. Brakowało mu czegoś. A przecież dostał te wszystkie przedmioty, które zatykały mile czas. I chociaż kupiono mu gadżety pokazujące, kim się jest, nie potrafił określić swego miejsca w świecie. Nie, absolutnie nie umiał powiedzieć, co mu jest. A było mu, było mu, źle, źle, źle! Czuł się spętany! A przecież wolno mu było robić wszystko, co zechce! Na przykład, włączyć grę. No to sobie pogra. 
Musi siedzieć i się gapić w monitor. Zerwał się od kompa. Wyszarpnął klucze, rzucił je o ścianę.
I wtedy usłyszał chrząknięcie. To multikomp, który go wychował, wyraził swą naganę. „No tak, zaraz się zacznie ględzenie!” Będzie musiał wysłuchać tego całego gle, gle, gle na temat stosowania się do zasad. Tego nie wolno, tamto zakazane, a to nie wypada. I nagle skoczył do drzwi! Potem w dół, do lochów, dokąd belfer zakazał chodzić. Tyle razy wbijał mu do głowy wiadomość o istnieniu tego miejsca, że Zerol nareszcie ją zapamiętał. Czuje dreszcz wynikający z nieposłuszeństwa! Rozkosznie! Wszystko zakazane. On to przecież robi! I oto jest w lochach. Rozgląda się oszołomiony, idąc powoli wzdłuż stoisk. Od dołu aż po górny brzeg stały na półkach kolorowe czasopisma, drukowane na prawdziwym szmacianym papierusie. Nieśmiało podszedł i zachwyconym wzrokiem chłonął obrazki na okładkach. A jakie sceny mogły być wewnątrz czasopism!? Bardzo by chciał je obejrzeć, ale nie miał odwagi wyciągnąć ręki, aby zdjąć pornole z półki.
Sprzedawczyni spojrzała z góry na chłopaka: niczym się nie odróżnia od tysięcy innych w tym wieku, a myśli, że jest jedyny. A może takie zero jeszcze sobie wyobraża, że ma ZNS?


     Spojrzała jeszcze raz na sumę należności za czasopisma. Jasne jest, że nie stać ich na spłatę. Windykacja długu będzie się ciągnęła. Odłożyła pad rachunkowy, przyklękła i zaczęła zbierać czasopisma. Wygładzała okładki, układając egzemplarze na gromadkę.

-         Nie zabieraj ich!

-         Anuluję sprzedaż, a ty zapomnisz o wniesieniu skargi.

     Zerol pochwycił obie ręce dziewczyny i pociągnął ją w dół, aż usiadła obok na podłodze.

-        Wyjdę stąd i nie było sprawy – powiedziała, ale nawet nie usiłowała wyszarpnąć dłoni z rąk Zerola

     Spojrzała mu w oczy. Musi się przekonać czy jest dewiantem, czy niewiniątkiem? Pracując w sex shopie, stykała się z mężczyznami o różnych upodobaniach, toteż zyskała dużą wprawę w klasyfikowaniu upodobań. 

     Zerol wysunął głowę do przodu. Usta ułożył w uuuu. Oczy zamknął. Usta dziewczyny się przybliżały, Zerol jednak otworzył oczy. Spojrzał na okładkę.

-         Zamieńmy się miejscami – zaproponował dziewczynie.

     Tłumiąc chichot, wstała i usiadła na miejscu Zerola. Ale chłopak się podniósł i również zmienił miejsce.

-         Czy teraz jest dobrze? - zapytała, znowu tłumiąc śmiech.

     Zerol odwrócił okładkę i przewertował kilka kartek.

- Czy możemy to wypróbować?

     Para na zdjęciu pięknie się prezentowała. Była ustawiona przez reżysera do kamery tak, by seks estetycznie się prezentował. W takiej sytuacji nikt jednakże nie przybierał tej pozy. Zerol nie miał o tym pojęcia, toteż się ustawiał, odkręcał głowę w bok i usiłował się uśmiechać.

-         To jest niewykonalne – zdecydował.

     Dziewczyna szybko poskładała czasopisma i odłożyła je dalej, by nie zostały stratowane.

-         Nie chcesz ich, prawda?

-         Nie potrafię robić tak, jak chłopcy na zdjęciu.

-         O, dlaczego chcesz robić tak samo?

-         Chciałbym być taki jak inni chłopacy.

-         A nie jesteś?

-         Mam ZNS – powiedział ze smutkiem.

-         Taak! - ucieszyła się dziewczyna. - Pokaż, jakie są twoje oryginalne odruchy.

-         Nie będziesz na mnie psykać pss i wytykać palcami?

-         Dlaczego miałabym cię zawstydzać?

-         Bo jestem inny niż wszyscy.

-         Och, ja też!

-         Jest mi z tym źle.

-         Mnie również.

-         Chciałbym lepiej się poczuć.

-         Poczujesz się. O, na sto procent.

Czy było ich stać na wszystko? Czy byli nieprzystosowani społecznie? Odpowie ci firma Renoma. 


 

 

-       

 

niedziela, 22 maja 2022

Martwcie się, cymbały

 Tytuł opowiadania jest dłuższy, ale te słowa oddają sens całego tekstu, a właściwie treść życia rodziny Zwyczajnych. Nazwisko coś nam mówi. Czyżby chodziło o nas? Niemożliwe, przecież my jesteśmy niezwyczajni, oryginalni i niepowtarzalni. 

A cóż takiego robi robi rodzina Zwyczajnych, co jest treścią ich życia? 

"Zwyczajny jest tylko jednym z milionów, którzy zostawiali swe eurocentówki w obermarketach. (…) Zadowalał się ha, ha, zwyczajnym luksusem, jak mawiał. Największym powodem do dumy był poziom, jaki według własnej opinii, reprezentowali. Marketowy, powiesz, a jaki jest twój?

Najcenniejszym przekonaniem była konieczność nabywania następnych gadżetów. Były równie marne, jak wszystko, za co tyle płacili. Zwyczajni musieli je przecież kupować. Nawykli do wmawiania sobie potrzeb. Bo Zwyczajni oczywiście mieli wszystko. I to właśnie wbijało ich w dumę."  (…) "I na tę właśnie odrobinę luksusu, która bynajmniej nie była podarowana, harowali całe życie."

Tego dnia ich życie  omal nie zostało zniszczone. Zwyczajny powrócił do domu po nieudanej próbie ratowania swego syna, Zerola. Chłopak wykazywał groźne cechy, które nie pasowały do cech rodziny, a to było niebezpieczne. "Pan Zwyczajny zauważył zaszokowany, że z kredensu wyrzucono wszystkie reklamówki znanych firm. Pani Zwyczajny skrzętnie je kolekcjonowała, by dowodziły możliwości rodziny. A teraz jej wspaniały zbiór został niedbale porozrzucany po podłodze." (…). W kuchni panował bałagan. 

"Jego ręka nagle znieruchomiała. Niemal bowiem potrącił stojące na podłodze kieliszki. W każdym z nich coś na dnie pozostało. Pan Zwyczajny uniósł kieliszek i jego nozdrza załopotały od wciąganej woni. Odchylił głowę do tyłu i wypił resztkę. Państwo Zwyczajny, choć posiadali kieliszki, i to w dużej ilości, nic do nich nie wlewali. Nie pijało się tu alkoholu ze względu na jego wysoką cenę. Pan Zwyczajny ujął następny kieliszek i uniósł go do organu powonienia i radości i wysączył resztkę wódki. W życiu pana Zwyczajny jeszcze się nie zdarzyła tak piękna chwila. „Zaszaleję!” – postanowił." (…)


  

"Kiedy skończył, spojrzał przez dno kieliszka. Od razu zobaczył swoje marzenie. Co więcej! Stało się namacalne.

-         Muszę ci podziękować! - szepnęła laleczka, rzucając mu się w ramiona.

-         Za co?

-         Jesteś taki odważny! – Brzuchem przyparła go do kredensu.

-         Ja?

-         Zaimponowałeś mi.

-         Czym?

-         Bez namysłu stanąłeś w obronie kobiety. Przecież ten mężczyzna to były bokser, który zabił na ringu człowieka.

-         Za - zabił? "

(…)

     "Pan Zwyczajny poczuł, że kolejny kieliszek mocnego alkoholu jeszcze bardziej podniesie go na duchu. Nalał sobie i szybko wychylił, a wtedy blondyna wycisnęła na jego wargach mokrą pieczęć swych ust. Macając ręką poza jej plecami, odstawił kieliszek na kredens.

-         Oszałamiasz mnie – szeptała.

Te słowa obudziły bestię, która zawsze w nim drzemała.

-         O, tego się nie spodziewałam – zastrzegła Żabcia, bo ona to była.

            Puszczania się za darmo nie włączała do swoich obowiązków służbowych."

Kiedy do drzwi zadzwoniła pani Zwyczajny, w przerażonych oczach pana Zwyczajny pojawiła się prawda o wyglądzie laleczki, która okazała się niechlujną blondynką. Pani Zwyczajny miała w torbie z obermarketu czerwony sweterek i zaciskała w dłoni karteczkę z numerem telefonu. Jej dzień również był niezwyczajny.

Opowiadanie należy do zbioru pt. "Plan". Moje książki publikuje w postaci audio i ebooków wydawnictwo Saga Egmont.

https://www.taniaksiazka.pl/autor/emma-popik

niedziela, 15 maja 2022

Dziki Zachód techniki

 Poprzedni wpis nosił tytuł  "Demon zagłady". Podałam jednak, jak brzmi cały tytuł opowiadania. Pewien obdartus przybył do pięknego miasteczka. Miał dobre zamiary. Kiedy odszedł, pozostała za nim gigantyczna chmura dymu. Kim był naprawdę?

"Przyszedł tu wczesnym popołudniem. Panowała ciepła pogoda. Było cicho i leniwie jak każdym miasteczku, które mijał. W żadnym jednak nie mógł pozostać. Również i to osiedle należało do miejscowości zbudowanych seryjnie. Nawet nie miało nazwy, opatrzono je tylko numerem. Powstało jak każde inne. Przywieziono po prostu spakowane budynki. Wysokie dźwigi spuszczały z góry ściany. Wstawiwszy je precyzyjnie w wykroje fundamentu, od razu zalewały zaprawą. I już krzepła, a w tym momencie nakrywano budowle dachem, który się zaczepiał na brzegach ścian. Wewnątrz domku rozprostowały się podłogi i wysuwały wbudowane meble. Osadnicy, czekający na obrzeżach osiedla, podjeżdżali i zajmowali kolejno wcześniej przydzielone posesje. Wchodzili do nich tylko z walizkami, które i tak zanoszono na strych. Wszystko tu było, zgodnie z tym, co im obiecano. Tyle, że wokoło rozciągała się pustynia ze zmielonego na miał i ubitego gruzu ze zburzonych miast. Wyrastały na niej tak samo nudne i jednakowe miasteczka i nie warto było do nich jeździć. Białą szosą wciąż podróżowały transportowce, przywożąc towary. Mieszkańcy mieli wszystko. Konsumowali w ciszy i oddaleniu.

 

Nikt jednak nie wiedział o istnieniu ich prowincji! Nikt do nich nigdy nie przybywał, oni również nie wyjeżdżali. Nie mieli żadnego kontaktu ze światem. Miasteczko było niby gałąź odrąbana od pnia drzewa.

Dlaczego nie mieli połączenia z życiodajnym Centrum, gdzie biło serce światowego biznesu? Gdyby uzyskali połączenie z Centrum, jakież mogliby robić interesy! A co najważniejsze, zaczęliby liczyć się jako ludzie. Dlaczego byli wykluczeni z ludzkiej rodziny? Nie przybył do nich żaden informatyk, który by połączył ich komputery z Centrum. Dlaczego więc sami nie zarejestrowali swoich nazwisk w księdze ludzkości? Oto tajemnica! Najgłębiej skrywana! Czyżby przybycie obcego świadczyło o ujawnieniu ich strasznego sekretu?"

 Czy udało się mieszkańcom spełnić ich wielkie marzenie i czego tak bardzo pragnęli?

https://www.taniaksiazka.pl/autor/emma-popik


niedziela, 8 maja 2022

Demon zagłady



Do miasteczka przyszedł włóczęga w połatanych spodniach i zniszczonej bluzie. Udał się do eleganckiej restauracji, by zamówić tanią potrawę. Nikt nie spostrzegł, że do wargi przykleił się mu


drobniutki skrawek gazety. Używał jej do papierosów. Kiedy jednak zauważono ten szczegół, wiadomość przeleciała przez ulice jak rakieta. Dlaczego był taki ważny?

Kiedy włóczęga opuszczał miasteczko, pozostawił za plecami płonące domy. Mieszkańcy, dotychczas uprzejmi i kulturalni, tłukli się ze sobą. Cały tytuł opowiadania z tomu "Plan" brzmi: "Demon zagłady na Dzikim Zachodzie Techniki". Co się stało i z jakiego powodu?

"Przyszedł tu wczesnym popołudniem. Panowała ciepła pogoda. Było cicho i leniwie jak każdym miasteczku, które mijał. W żadnym jednak nie mógł pozostać. Również i to osiedle należało do miejscowości zbudowanych seryjnie. Nawet nie miało nazwy, opatrzono je tylko numerem. Powstało jak każde inne. Przywieziono po prostu spakowane budynki. Wysokie dźwigi spuszczały z góry ściany. Wstawiwszy je precyzyjnie w wykroje fundamentu, od razu zalewały zaprawą. I już krzepła, a w tym momencie nakrywano budowle dachem, który się zaczepiał na brzegach ścian. Wewnątrz domku rozprostowały się podłogi i wysuwały wbudowane meble. Osadnicy, czekający na obrzeżach osiedla, podjeżdżali i zajmowali kolejno wcześniej przydzielone posesje. Wchodzili do nich tylko z walizkami, które i tak zanoszono na strych. Wszystko tu było, zgodnie z tym, co im obiecano. Tyle że wokoło rozciągała się pustynia ze zmielonego na miał i ubitego gruzu ze zburzonych miast.



 Wyrastały na niej tak samo nudne i jednakowe miasteczka i nie warto było do nich jeździć. Białą szosą wciąż podróżowały transportowce, przywożąc towary. Mieszkańcy mieli wszystko. Konsumowali w ciszy i oddaleniu."

https://www.taniaksiazka.pl/autor/emma-popik


niedziela, 1 maja 2022

Bardzo kłopotliwe pytanie.



Napisałam opowiadanie pod tytułem "Kłopotliwe pytania".  A o co w nim pytają? Te pytanie są istotne, oczywiście, chcielibyśmy je poznać, ale może odpowiedzi ważniejsze. Mnie i moim czytelnikom najbardziej podoba się proste pytanie: "Z czego zrobiony jest ogień".  Ma w sobie filozofię i właściwie... nie znamy odpowiedzi, samo jednakże pytanie budzi w nas pragnienie poszukiwania, choć wiemy, że go nie odnajdziemy.

"Po obiedzie usiedli na ocienionym tarasie. Słuchali muzyki wydawanej przez  trójkątne liście z donic przy ścianie. Ojciec przyglądał się im badawczo.

-         Nie macie żadnych pytań? – nie wytrzymał wreszcie.

-         Nie, my już wszystko wiemy – odpowiedział poważnie chłopiec.

-         To znaczy? - dowiadywał się ojciec.

-         Kim jesteśmy, dokąd idziemy - wyjaśniło dziecko.

-         A po cóż zadawać takie pytania? – zdziwiła się matka. – Odpowiedzi są oczywiste. Jesteśmy cywilizacją posthumanoidalną. Mieszkamy na jednej z brył należących do Ziemi po jej rozpadzie i zawsze będziemy żyć bez konfliktów, wciąż ulepszając samych siebie i technikę- wyrecytowała.

-         W jaki sposób powstaliście?

-         Zostaliśmy wyprodukowani, już mówiłam.

-         A kto was wyprodukował?

Matka spojrzała bezradnie na ojca.

-         Zawsze były odpowiednie urządzenia. Tak zbudowany jest świat - powiedział mężczyzna z wielką pewnością. - Jeżeli chcemy coś mieć, musimy to wytworzyć. To reguła świata, niepodważalne prawa, rządzące materią.

-         Kto wyprodukował materię? – pytał chłopiec z ogniem w oczach, zupełnie jak dorosły. - Kto sformułował prawa?

-         One były – powiedział zdecydowanie mężczyzna.

-         Skąd wiesz?

-         To wynika z mego wykształcenia.

-         Jest bardzo ograniczone - skonstatował chłopiec.

-         A co było przed wami? – zapytała dziewczynka.

-         Przed nami był czas – odpowiedział mężczyzna.

-         A las jak powstał? – strzelił znienacka chłopiec, patrząc bardzo mądrze.

-         To jeden z paradoksów materii. Wiemy o nim, nie zaskoczysz mnie.

-         Na wszystko macie odpowiedzi - stwierdził chłopiec z ironią.

-         Tak, materia nie ma dla nas tajemnic.

-         Ale lasu nie potraficie wyprodukować.

-         Mówiłem, to paradoks.

 Nagle dzieci ujęły się za ręce i zbiegły z tarasu. "

Rodzina żyje szczęśliwie, dzieci swoimi pytaniami nie powodują problemów ani konfliktów, ich ciekawość nikomu nie zagraża.  Pozornie. 

"Nagle otrzymała wiadomość z Centrum. A więc istnieje świat materialny, jakież to pocieszające. Centrum o nią się troszczy, pragnie zapewnić przyszłość jej dzieciom, wzywa je dla inicjacji, nadania pigułki wiedzy, bo przecież nie ma żadnego innego powodu, ani ona, ani też dzieci nie popełniły żadnego wykroczenia.

Kiedy powiedziała o tym dzieciom, spojrzały na nią z powagą i ujęły się za ręce, tworząc krąg. Stały w milczeniu, a ona czuła, że dokonuje się tu jakiś niesamowity pogański obrządek, wyzwolenie strasznych sił. Dzieci dostały się do samego pnia mózgu, do istoty życia, które było niezniszczalne i płynęło w nich, kończąc coś i rozpoczynając. Potem zrzuciły z siebie obecne istnienie i były gotowe.
-         Staniecie się mądre, uzyskacie status! – zapewniała je matka z radością, ale one się nie odzywały.
 

Matka nie mogła się powstrzymać od oglądania Centrum. Była tu tylko raz, i to dawno. Miasto nie wydawało się jej takie czarowne jak kiedyś ani też tak nieosiągalne jak oglądane z okien domu. Prostopadłościany domów, wszystkie dość podobne do siebie, budowane oszczędnościowo. Na szerokich ulicach pustawo.

Dzieci szły wykonując ruchy, jakby coś wyciągały z ziemi, co się zawijało i wzrastało, gęstniało. Zasiewały wszędzie te niewidzialne kształty, mogłoby się wydawać, że miasto zostanie nimi pokryte, jeśli nie w teraźniejszości, to kiedyś. Dziewczynka wywoływała kształty z powietrza, jakby zawsze tam były, lecz należało je uaktywnić.

-         Co robicie, dzieci? – zapytała matka, były zbyt zajęte, aby odpowiedzieć. Spieszyły się, wiedząc, że ich czas się kończy.

Matka poczuła się niezręcznie. Zaczęła mówić o tym, jakie będą mądre, kiedy połkną pigułkę wiedzy, nie zwracały uwagi, bardzo zajęte wytwarzaniem kształtów przyszłości. Miały zainicjować to życie, które czaiło się w lesie, umożliwić, aby świat rozpoczął się od początku i nigdy nie zaginęła żywa natura na tej ziemi.

Już zbliżały się do wielkich, srebrzystych wrót głównej budowli, zwolniły kroku, nie dlatego, że mogły się bać, ale chciały jak najwięcej pozostawić po sobie.

Podeszły do drzwi, wciąż przędąc. Tuż przed nimi się zatrzymały, odwróciły i objęły świat ostatnim spojrzeniem, a potem skierowały wzrok na matkę. Nieomal utonęła w ciemności ich oczu i zrozumiała, że niepotrzebna im żadna pigułka wiedzy, ale było za późno. Dzieci odwróciły się ku drzwiom, właśnie zaczęły się rozchylać na boki. W ciemnej szparze pomiędzy dwoma skrzydłami pojawiły się dwie jasne sylwetki. Dzieci przekroczyły próg i weszły w ciemność."

Matka miała wiele pytań, jak i wszystkie matki, teraz i zawsze. Nie wiedziała jednak, jaki jest Plan.  

https://www.empik.com/plan-popik-emma,p1085104834,ksiazka-p


niedziela, 24 kwietnia 2022

Palec na ustach. Ciii

Taka cisza zapanowała nagle. Niektórzy opowiadali, że została zarządzona. Nikt nie wie i nigdy się nie dowie, jak to było naprawdę. Po pewnym czasie nagłą ciszę odwołano. Ruch ten był właściwie zbędny, gdyż ludzie już się przyzwyczaili rozmawiać ze sobą z odległości ponad metra.  Cisza okazała się w tym akurat momencie wręcz szkodliwa, gdyż na świecie zapanowała wrzawa, głośne krzyki i łoskoty. I choć zbyt dobrze je słyszano, nikt nie rozumiał znaczenia. A może o to chodziło?



W mojej książce "Nagła cisza" umilkło wszystko. Pan Gutter, idący na spotkanie, snuje refleksje::
"Jeszcze na początku lat pięćdziesiątych XX wieku na Długim Targu leżały stosy gruzów, uprzątano je, każda cegła była cenna: służyła do odbudowania domów. Pan Gerard uważał, że zapisała w swej materii cierpienie i ból umierających żołnierzy, którzy walczyli o wyzwolenie miasta. Może kiedyś nauka tak się rozwinie, że potrafimy odczytać wibracje atomów i przełożyć je na ludzką mowę. Zaczną wówczas szeptać swój ból, kamienie przemawiać wyraźnie i głośno, a nawet krzyczeć. Teraz milczały. Dla niego były żywe. Gutter czuł ich ciepło, nawet z daleka.
Nasłuchiwał domów na wyspie, nie słyszał ani słowa, pomyślał, że ukryte dźwięki nie chcą mówić z przerażenia, a może by nie zdradzić zbyt wiele. Widział tylko sztywne milczące ściany, nawet woda w rzece nie chlupotała. Nagle się rozejrzał, oprócz niego nikt nie szedł nabrzeżem, nie słyszał stukotu obcasów, szurania zelówek ani jednego słowa, nawet oddechu. Niesamowita pustka, tak groźna, że demony ukryte w jej głębi zasłoniły oczy rękami. Jakaś ręka wyjęła go ze świata jak figurkę z pudełka z zabawkami.
Trochę zwolnił kroku, choć wprost przeciwnie, powinien jak najszybciej uciec z tego miejsca, ale dokąd?  Cisza połknęła wszystko, co żywe. Cały świat umierał. Ludzie jeszcze o tym nie wiedzieli, kaszlali dusząc się, płonęli od gorączki, nie mieli przyszłości.
Stawiał nogi powoli, skupiając myśl na najbliższym wydarzeniu, gdyż tylko ono było prawdziwe i realne. Zgodził się na spotkanie, nikomu nie odmawiał, przecież prowadzenie biznesu wymagało kontaktów, jednakże ten telefon bardzo go zaskoczył. (...) 
Wszedł do holu, drzwi do kawiarni nie stały otworem. Przez korytarz przechodziło w normalnym czasie wiele osób, toteż należało je zamykać, by goście mogli w spokoju siedzieć przy stoliku, nie ściszać głosu i nie rozpraszać się stukotem kroków w holu. Bo tu omawiało się interesy.  
Portier był wytresowany, od jednego rzutu oka orientował się, po co przyszli goście i czego im potrzeba. Podchodził do nich jakby przypadkiem, sprytnie zasłaniał drzwi i mówił, że ten lokal zamknięty, robiąc przy tym znaczącą minę, wszyscy znali powód. „Zaprowadzę państwa w miłe miejsce” i delikatnie kierował ich w stronę schodów, by zeszli do kawiarni.
Takie rozwiązanie wszystkim służyło. Goście czuli, że mają znaczenie, hotel dba o każdego, kto raczył przyjść.
Zostali przyzwyczajeni do posłuszeństwa wobec kogokolwiek reprezentującego jakąkolwiek władzę, choćby to był portier, jak w tym przypadku czy sprzedawczyni w sklepie, prosząca o założenie maseczki, toteż każdy z przychodzących dawał sobą dyrygować, czując nawet coś w rodzaju zadowolenia, że został ostrzeżony i niemal ocalono mu życie. Wzrastało posłuszeństwo, uznawane już za naturalne, chociaż nie wszczepiono jeszcze nikomu nanochipu do mózgu.
W dużej sali z pięknymi jasnymi oknami były zajęte jedynie trzy stoliki. Wysoki mężczyzna uniósł się nieco z fotela na powitanie. Zajął stolik na samym środku kawiarni. (...)
Gutter stanął po przeciwnej stronie stolika, żaden nie wyciągnął ręki na przywitanie. Zaniechano uprzejmości, serdeczność została potępiona. Nikt się nie dziwił, uznając zakazy za oczywiste i logiczne, na przyjaznej ręce czaiły się zabójcze wirusy. Zajął fotel po przeciwnej stronie stolika, odsunięty tak, że musiał pilnować tonacji głosu."
Jaka jest prawda? Ciii.

https://www.empik.com/nagla-cisza-popik-emma,p1288256479,ebooki-i-mp3-pl


niedziela, 17 kwietnia 2022

Skandal z mopem i ścierką

 Pracuję teraz nad powieścią "Na gołe pięści". Jest to tylko jeden z wątków. Inny, równie ważny, mówi o staraniach nad zorganizowaniem wystawy cennych obrazów. W tym właśnie celu do miasta (znacie jego nazwę) przybyła ważna zagraniczna delegacja. Tymczasem grozi skandal i kompromitacja miasta (domyślacie się jego nazwy). Motyw religijny pasuje do  zbliżających się świąt. 



Tam właśnie stanęła grupa porządnie ubranych zagranicznych turystów. Przewodnik miejski z identyfikatorem na marynarce i mikrofonem dopiętymi do kołnierza gestem ramienia zachęcał ich, by weszli do środka. Nie reagowali, odwróceni w stronę oszklonego kiosku z dewocjonaliami, teraz zamkniętego, patrzyli na wepchnięte pod ścianę, w ciemny kąt czerwone plastykowe wiadro, pełne brudnej wody po zmywaniu posadzki. Sprzątaczka, oparła o nie mopa i narzuciła na brzeg ścierkę, by wyschła.. Wiadro skupiło ich uwagę, nie patrzyli na ceglane ostrołuki, pod którymi stało, nie spojrzeli na perspektywę gotyckiej katedry, ale wlepiali wzrok w ścierę i brudne frędzle.

Wytknęli palce wskazujące w stronę wiadra. Uśmiechali się, lekceważąc dyskrecję, Wymieniali między sobą uwagi, nie zasłaniając ust. (…)
Turyści już wyjęli komórki i zrobili zdjęcia. Dopiero wtedy, schowawszy komórki do kieszeni i torebek, podążyli za przewodnikiem, który kroczył szybko i stanowczo. Zaciskał szczęki z wściekłości. Grupa do niego podeszła, a on uniósłszy ramię wskazywał ołtarze, obrazy i ozdobne kraty, opisując ich piękno, goście jednak wciąż się oglądali i patrzyli na wiadro.
Kobieta w czarnym kapeluszu, ukryta w cieniu ławki, wparła kolana w klęcznik, rozsunęła palce rąk i spomiędzy nich rzucała spojrzenia na idącą grupę. Nienawidziła wszystkich, dziobała zwiedzających kolcami swej złości, dźgała każdą osobę nożem wściekłości, drapała oglądających zabytki żelaznymi grabiami niechęci. Zatrzymała wzrok na grupie cudzoziemców: wysokiej kobiecie i dwóch mężczyznach. Oglądali obrazy, podziwiali architekturę, czytali nazwiska wyrzeźbione na płytach nagrobnych, rozmawiali ze sobą, dzieląc się wrażeniami, ale żaden się nie przeżegnał.
Obejrzała dokładnie każdego po kolei, jakby chciała odbić sylwetki na niewidzialnej folii, a potem kierowała wzrok ma olbrzymi obraz, stojący na środku. Patrzyła na czarne, obrośnięte kłakami postacie, trzymające widły i spychające nimi nagie ciała w dół, w przepaść, w płomienie. Kobieta cisnęła niewidzialną odbitkę w ogień, patrząc, jak znika, pożarta przez ogień.
- Do piekła - szeptała - wszyscy pójdziecie do piekła. Żar was spali.
Na jej cienkich wargach pojawił się cień uśmiechu. (…)
Przewodnik powiódł zwiedzających do następnego ołtarza, otoczonego złotą kratą i stanąwszy do niego plecami, opowiadał o cennych detalach, wymieniając nazwiska artystów. Goście słuchali nieuważnie, w pół słowa odwrócili się i poszli ku wyjściu, stukając obcasami po kaflach posadzki. Idąc, deptali po płytach nagrobków i gotyckich literach nazwisk, pochowanych tam dostojników, którzy tworzyli historię miasta i kraju.
Kobieta w kapeluszu rzucała znowu naganne spojrzenia na każdego z nich i po kolei kierowała wzrok na wielki obraz z płomieniami, a jej usta poruszały się, powtarzając słowa litanii za zmarłych, którzy spłoną w ogniu.
Idący za grupą przewodnik pochylił głowę i zasłoniwszy ręką usta, powiedział kilka gniewnych słów do komórki, jego oczy obracały się ze złością. Zanim dotarł do drzwi, goście stanęli na brukowanym placu przed wejściem. Zobaczywszy, że przewodnik już się zbliża, podeszli do krawężnika i spoglądali w stronę, z której miał nadjechać ich samochód.
Zza bryły budynku wybiegła roztargana sprzątaczka. Z wściekłością na twarzy wbiegła do kościoła, pochwyciła wiadro za rączkę, szarpnęła mopa, oparła go o ścianę, rzuciła na niego ścierkę i dźwigając wiadro, wyszła na ulicę. Jednym chlustem wylała wodę na jezdnię przy krawężniku, tuż za stojącymi gośćmi, którzy obejrzawszy się, odskoczyli, by brudna woda nie ochlapała ich eleganckich butów.
Sprzątaczka, dyndając lekkim już wiadrem, skręciła poza mur katedry, chwytając po drodze mopa i ścierkę i znikła za załomem. Na środku chodnika stał przewodnik, czerwony na twarzy, z zaciśniętymi pięściami, wbitymi w kieszenie spodni. Nadjechał samochód z obcą rejestracją i trójka zagranicznych gości rozsiadła się w jego wnętrzu na fotelach obitych skórą. Nikt się nie obejrzał ani na katedrę, ani na przewodnika, który nie ruszył się z miejsca. Dopiero kiedy goście odjechali, wyjął komórkę, wybrał numer i zaczął mówić bardzo szybko. Starał się wyprzedzić wydarzenia i nie dopuścić do międzynarodowego skandalu, ale już się zaczęło. I biegło w ciemności, rozglądając się wielkimi oczami na boki, przerażone.
A dlaczego na obrazku są kobiety? Czyżby to one biły się na gołe pięści?