Translate

niedziela, 2 października 2022

Trzy po trzy

 Gadałam sobie z moją znajomą, która kiedyś była polonistką. Powinnam powiedzieć, że rozmawiałam z byłą nauczycielką  języka polskiego. Powiedziała mi, czy raczej wyznała w tajemnicy, jakie obecnie są zasady na pisemnych maturach. 
Prace sprawdza komisja.  Nie ma żadnego kontaktu z uczniami, którzy napisali prace. Dla sprawdzających są to tylko kartki z zapisanymi na nich słowami.

Dlaczego tak jest? Bo to przecież bardzo surowe wymagania. Powiedzmy, restrykcje, gdyż obecnie w modzie jest używaniu obcego słownictwa, oczywiście angielskiego.

Chodzi o zapewnienie jak największej uczciwości. Nie może być tak jak kiedyś: nauczyciel chodził wzdłuż ławek, siedzący przy nich uczniowie pisali prace maturalne, oczywiście rozprawki. Czynili to po raz pierwszy w życiu, i ostatni. Nigdy już nie zostaną zmuszeni do pisemnego rozprawiania o czymkolwiek, i to zgodnie z surowymi regułami. Nauczyciel przechadzał się, by kontrolować, czy piszący nie korzystają ze ściągawek, które położyli sobie na udzie; teraz byłaby to komórka. Nauczyciel od niechcenia opierał rękę na brzegu ławki. Wtedy ściągawki, oczywiście, o ile takie mieli, błyskawicznie zostawały zakryte brzegiem sukienki. Nauczyciel zerkał na tekst, niby to obojętnie, z góry,  z boku, z ukosa, w rzeczywistości robił coś nadzwyczaj ważnego, wręcz ratował uczniowskie życie: pokazywał palcem przecinek. Jeżeli był, należało go usunąć, jeżeli miejsce pomiędzy słowami było puste, a nauczyciel postukiwał palcem, należało przecinek wstawić. 

Przecinek? Otwieracie szeroko oczy z zdziwienia, czemu jest taki ważny? Od tego problemu, zagadnienia, tematu zaczął się ten wpis. Jeżeli w pracy maturalnej brakuje trzech przecinków lub są postawione w niewłaściwych miejscach, oblałeś, nie zdałeś matury z polskiego. Masz rok na nauczenie się interpunkcji. Czy te przecinki są takie ważne. To sprawa życia? Po co one technikowi? Czy nie może naprawić silnika bez znajomości miejsca przecinka w zdaniu? Jest takie zabawne powiedzenie, które to ilustruje: słychać śpiew i rżenie koni. Stawiamy przecinek, czy nie? Przerób sobie to zdanie na coś o tematyce technicznej, bo się zupełnie na tym nie znam. Pamiętam, że na biologii wkuwałam zasadę budowy pantofelka. Czy kiedyś to wam się przydało?

niedziela, 25 września 2022

Tego nie wiedziałam


 Straszę dzieci, nie wiedziałam tego o sobie. Jeden z moich czytelników wyznał, że przeraził się moim opowiadaniem. "Szanowna Pani, jakieś czterdzieści lat temu przeczytałem Pani opowiadania Maszyna. Miałem wówczas about 8 lat i byłem świeżo po lekturze Edenu, Pirxów, Alf, czarnych zeszytów, itd. Maszyna zrobiła niedobrą ... albo i dobrą rzecz z moją głową. Z perspektywy czasu myślę, iż lektura była trochę za ostra jak na ośmiolatka. Niemniej jednak, nie żałuję."

Przegląd Techniczny nr 26'83 z dnia 26/06/83 r. (I część); nr.2 7'83 z dnia 3/07/83 (II część) zamieścił opowiadanie Maszyna, jedno z tych, które zostało włączone do tomu opowiadań Tylko Ziemia, wydanego w 1986 r. Jest to opowieść o myślącej i czującej maszynie, zajmującej olbrzymie podziemia. Wprawdzie wtedy nikt jeszcze nie mówił o sztucznej inteligencji, ale ona już istniała w wielu moich opowiadaniach.
Przeglądam to opowiadanie na nowo, aby przybliżyć je czytelnikom. Proszę zwrócić uwagę na następujący akapit, w którym człowiek mówi do maszyny: "A czemuś taka mądra?! Hę?! Wypiłaś mój mózg, całą jego treść. Nakarmiłaś swoją pamięć moją pamięcią, wlałaś w swe puste słoje moje odczucia, wtłoczyłaś w zakończenia nerwowe moje wrażenia. Myślisz moim mózgiem powielonym w przewodach; tylko moje wiadomości wsączasz w szare komórki mózgu mojego syna. Kim jesteś beze mnie?!"


Napisałam te słowa w roku 1983, a dopiero wiele lat później zaczęto mówić o łączeniu świadomości ludzi i komputera. Pojawiło się wiele filmów na ten temat; czytelnicy z pewnością potrafią przytoczyć ich tytuły. O różnych wynalazkach i problemach pisałam wiele lat przed ich wystąpieniem.
Literatura i filmy pokazują problemy w sposób często skrajny lub dosłowny. Pamiętamy filmowe obrazy człowieka uwięzionego gdzieś w wirtualnym wnętrzu komputera. Nie jesteśmy dosłownie i fizycznie w taki sposób uwięzieni. Czy jednak potrafimy sobie wyobrazić życie bez spacerów po Sieci? Umyślnie użyłam słowa spacery, dla pokazania naszej obecności w tamtych realnościach spoza ekranu.
Opowiadanie "Maszyna" jest wciąż aktualne i poprzez swoją obrazowość i stylistykę dostarczy czytelnikowi wielu przeżyć estetycznych. I każdy z pewnością chciałby się dowiedzieć, czy człowiekowi udało się wyciągnąć swoją świadomość ze zwojów maszyny i czy musiała się przy tym dokonać destrukcja - człowieka, maszyny czy umysłu? Opowiadanie "Maszyna" można przeczytać na mojej stronie www.emmapopik.pl. Ciekawa jestem, czy będziecie drżeć ze strachu, jak ośmioletni wówczas Marcin Michalczyk.
 

niedziela, 18 września 2022

Legenda przyszłości

 

Czytelnicy zdążyli się zaprzyjaźnić z postaciami z tych książek, występują bowiem od pierwszej, która nosi tajemniczy tytuł "Dusza". Polubili te osoby, ale nadal odrzucają świat, w którym muszą żyć. Nie ma w nim nic dobrego. 

Panuje w nim reżim policyjny, ludzie są nieustannie kontrolowani przez policjantów, którzy niespodziewanie zatrzymują się obok nich na motorach. Dzieli się ich ze względu na genetykę. a wielu ma grupę zero i żadnych wartości. Straszne dla człowieka być uważanym za zero, bez szans na polepszenie tego stanu i jakąkolwiek zmianę.

Pewni ludzie jednak pragnęli wyrwać się z tej beznadziejnej sytuacji. Po wielu wysiłkach udało im się uciec i wyruszyła "Kawalkada" na inną planetę, taki również tytuł nosi kolejny tom tej serii. Celem podróży stała się planeta Patris. Zahibernowani, leżeli z zamkniętymi oczami, czekając na wybudzenie.  Jak wyglądała planeta, którą wreszcie mogli zobaczyć, otworzywszy oczy?

Jak sobie poradzili ludzie, a więc "Dzieci  planety Ziemia", mówi o tym kolejny tom serii, pod takim właśnie tytułem. Musieli od początku rozpocząć budowę ludzkiej cywilizacji. Na rzekomo niezamieszkałej planecie odezwały się jakieś głosy, czyżby to byli ludzie? Nie po raz pierwszy usiłowali się wyrwać z ich rodzinnej planety, gdzie stosowano eutanazję z byle powodu. Jak się unormują kontakty pomiędzy dawnymi mieszkańcami a przybyszami, czy wybuchną konflikty, czy raczej Ziemianie doświadczeni okrutną sytuacją z przeszłości będą budować zgodę, pomoc i życzliwość. Od tego właśnie się zaczęło: udzielono pomocy rannej dziewczynce, która by umarła, gdyby nie zastosowano ziemskiej medycyny. W tej niewielkiej kolonii każde dziecko traktowano jako bezcenny dar i ratowano wszelkimi sposobami, przeciwnie niż na Ziemi, gdzie poddawano eutanazji istotę ludzką, jeśli tylko nie dosięgała wydumanych standardów o ich cywilizacji. 

Patris - czy nam się z czymś kojarzy nazwa planety, na którą dotarli? Rozumiemy słowo pater, patria, w utworach Luizy Dobrzyńskiej niczego nie pozostawiono przypadkowi:, żadnej nazwy, postaci ani wątku. Z tego powodu przeczuwam, że pojawi się jeszcze jeden android, mający silne instynkty opiekuńcze i wielką potrzebę zajmowania się m


edycyną. Nie stanie się to jeszcze teraz ani też w tomie "Legenda przyszłości".

W tym tomie zmieniamy miejsce  w czasie i przestrzeni: wracamy na Ziemię, gdzie wciąż panują bezwzględne przepisy. Potem przenosimy się na planetę Patris, na której dzieci nie wierzą w istnienie Ziemi. Poznajemy losy rodziny pewnej nauczycielki, kochającej dzieci, które musiała jednak opuścić, a także porzucić Ziemię. Miała na imię Etta. Na Ziemi uważano ją za zerówkę, niezdolną do wydania potomstwa. Umknęła na Patris, gdzie urodziła dziewczynkę Jamie. Na Ziemi pozostał brat Etty. Zbiegiem okoliczności  on też miał córeczkę, którą kochał bezgranicznie.

Okropne obarczenie Etty zostało narzucone na Auritę, dla której była ciotką. Nic nie zostało na Ziemi zapomniane, niczego nie przebaczono. Aurita była w szpitalu, lecz wyzdrowiała. Dla jej matki to się nie liczyło. Chorobę uznała za hańbę, niszczącą jej życie. Bez litości porzuciła córkę. Dla matki liczył się poziom społeczny, a nie jej dziecko. Matka Aurity wmówiła sobie, że klasyfikacja genetyczna Etty miała wpływ na dziewczynkę, co nie było prawdą. Dziewczynka urodziła się słabsza intelektualnie, a ciężka choroba neurologiczna to pogłębiła.

Aurita nie dawała sobie rady w szkole. Nie widziała sensu w zapamiętywaniu dat historycznych dawnych królów, o których nigdy nie słyszała. Nie wiedziała, dlaczego ma zapamiętywać regułki matematyczne, z których nic nie wynikało. Dla jej ojca życie stawało się coraz bardziej ryzykowne, wciąż groziło, że zabiorą mu córeczkę. I dadzą jej zastrzyk, po którym jej nie będzie, a życie ojca straci sens i wartość. 


Udało mu się załatwić naukę zdalną, przy pomocy komputera. W taki sposób wszystko rozumiała, wirtualny nauczyciel nie tracił cierpliwości, uczniowie z niej nie drwili, więc w każdym przedmiocie doszła do poziomu uniwersyteckiego. I cóż z tego, jej sytuacji nic to nie zmieniło. Za pomocą programów wirtualnych nauczyła się tańczyć, ale ta umiejętność nie była na nic potrzebna. Pięknie malowała, ale na świecie nie robił tego nikt, bo i po co. Zrozpaczony ojciec użył wszystkich sposobów, by dać jej szansę  i wreszcie udało mu się umieścić córkę w statku lecącym na Patris. 

Powoli przyzwyczajała się do życia na nowej planecie i w innej sytuacji. Była dorosła, wierzyła, że jeszcze kiedyś spotka ojca. Jedyną pamiątką była zabawka z dzieciństwa, cybernetyczna wiewiórka. 


Lubiła ją tak bardzo, że jeszcze jako dziecko nauczyła się ją naprawiać. Na Patris spotkała Raula, androida, należącego dawniej do ciotki, oraz starszego doktora, który znał Ettę. To  on doskonalił umiejętności i techniczną wiedzę Anny Marii. Stała się jego pomocnicą i asystentką, potrafiła bowiem naprawiać najbardziej skomplikowane urządzenia. Opiekował się nią Raul, dawny towarzysz Etty, dla niej ten świat był trudny i otwierał się powoli. Miała w sobie  wielką szlachetność Etty, też zależało jej na tym, żeby Raul mógł wybrać sobie sposób życia i rodzaj pracy, gdyż wciąż niektórzy traktowali go jak maszynę do pisania. Nabywane umiejętności bardzo się Raulowi przydadzą, choć nie w tym tomie. Pewnie już powstaje szkic kolejnej książki, wkrótce po nią sięgniemy na półkę. Warto mimochodem dodać, że na Patris niespodziewanie odkryto stworzenia inteligentne i cywilizowane, z którymi ludzie nie potrafią jednak porozumieć  i żadna strona nie wie, czy grozi niebezpieczeństwo.

Mamy jeszcze jeden talent do wykorzystania, który uratuje świat. Odgadnijcie, jaki. 

Ta książka jest również poważną krytyką szkolnictwa, gdyż pokazuje, jak niszczy talenty, próbując wszystkie dzieci wtłoczyć  w jednakowe formy. ale to przecież "Legenda przyszłości", a w każdej legendzie mamy magię, mogącą przemienić zwykły chwast w istotę, która swoimi talentami ratuje świat. 

 


niedziela, 11 września 2022

Co za tytuły!

 Przeglądałam katalog moich książek, aby wybrać jakąś do zaprezentowania na blogu w niedzielę, jak co tydzień i zdziwiłam się, i to bardzo. Powtarzają się w nich słowa: bogowie, szatan, demon. 

Jedną z pierwszych książek naznaczonych takim tytułem jest "Genetyka bogów"
Zamieściłam tu okładkę z audiobooka, nagranego przez znakomite wydawnictwo Saga-Egmont. Pierwsze wydanie było papierowe, jak to się mówi. Książka opowiada o postaciach przybywających z nieznanych przestrzeni. Nadal nie wiemy, skąd się pojawili i czy w ogóle się pojawili, mimo że jest niezliczona liczba sprawozdań, opisów spotkań i namacalnych dowodów ich istnienia w postaci choćby znaków na skórze. W dawnych wiekach ludzie uznawali ich za bogów. Na zamieszczonej tu okładce są bogowie z dawnej Grecji, bardzo piękni, nieprawdaż, ale jak naprawdę wyglądali, nie wiemy, o ile naprawdę istnieli. 

Dla kontrastu przytoczę opowiadanie "Wigilia szatan". Główną postacią jest chłopak o imieniu Saytan. Na okładce jest jak najbardziej ludzki i ziemski. Akcja się 
toczy w czasie, kiedy nie ma już naszego świata i istnienie ludzi powinno się zacząć ponownie od początku. W poprzednim istnieniu świata szatan był uosobieniem zła.  Mamy tu wiele symboli i aluzji do obyczajów poprzedniej epoki, choćby ten: matka Saytana przygotowuje pierogi na kolację. Wiemy, że chodzi tu o kolację wigilijną. Niespodziewanie zbliżają się jeźdźcy na dziwnych koniach, oni również nie są zwyczajni. Obarczono ich okrutnym zadaniem: mają zabić dziecko. Ale czy to działo się wtedy? Saytan daje im monetę, może srebrnik, ale pieniądz się nie wiąże z tą sytuacją i przepala im dłoń.  
"Demon zagłady" brzmi niesamowicie i kojarzy się z nadziemskimi siłami i może trochę przerażać. Tymczasem sytuacja jest całkiem banalna: do zwyczajnego miasteczka na Dzikim Zachodzie Techniki przybywa równie zwyczajny młody człowiek, który wchodzi do baru, by zjeść cokolwiek. Czekając, aż postawią przed nim talerz, skręca sobie papierosa. Obserwują to motocykliści, którzy właśnie wpadli do baru. No i się zaczęło: lokalny milioner oferuje mu rękę córki. Na ulicę wypadają ludzie, zaczyna się straszna awantura. Jak to się skończyło? Proszę zajrzeć na ostatnią stronę opowiadania. 

niedziela, 4 września 2022

Dobrze się sprzedają

 Moje książki dobrze się sprzedają za granicą, szczególnie sensacyjne. Najlepiej idzie kryminał "Raport", co jest szokujące. Nie potrafię odpowiedzieć, z jakiego powodu. Nie mam zamiaru się chwalić, utrzymując, że książka jest dobra. Oczywiście, podoba się, ale z jakiego powodu? Warto jest znaleźć ten powód. 

Czy łyżka do opon jest interesującym narzędziem zbrodni, chyba nie. Nóż ma lepszy kształt, ale również jest codzienny i często kuchenny. O, sztylet, to jest królewskie narzędzie. Wytworny kształt, rączka ozdobiona, trzymać coś tak pięknego i szlachetnego w ręku to przyjemność, a zbrodnia ma cechy wytwornego czynu. Doskonale pasuje do opisania w szlachetnym kryminale, ale łyżka do opon? A jednak. Książkę w postaci klasycznej, a także z formie audio i ebooka wypuściło na rynek wydawnictwo Saga-Egmont z Kopenhagi. 

Czytelnikom podobali się również bohaterowie powieści, choć trudno tak ich nazwać, bo to zwykli mieszkańcy prowincji, a miłość, która się nie udała, wcale nie była wzniosła, szekspirowska ani tragiczna. 

"Zbrodnia w wyższych sferach" toczy się pośród ludzi bogatych i eleganckich, dżentelmenów, powiedzmy, którzy umieją posługiwać się nożem i widelcem, wiedzą również, jaki kształt ma kieliszek do koniaku. Towarzyszą im bardzo kosztowne damy i drogie konie.  Pierwsza zbrodnia szarpie serce, a kolejna ma głęboki wydźwięk moralny. 
Książka przyniosła tak niski dochód, że właściwie nie warto byłoby fatygować się wysyłaniem autorce tych paru złotych. Historia się powtórzyła w przypadku książki "Tysiąc dni", która opowiada o niespełnionej, młodzieńczej miłości i niezwykłej podróży przez Europę. Wydało ją to samo wydawnictwo.  Niemniej jednak zachęcam do przeczytania obu powieści, dostarczą Czytelnikom wielu niezwykłych wzruszeń. 

Rekord popularności pobiła "Genetyka bogów", opublikowana przez wydawnictwo Saga-Egmont. Bogowie piszemy małą literą, gdyż mowa tu o istotach, które przybywają do nas w pojazdach, nazwanych latającymi  talerzami, pospolicie, nieprawdaż?  W dawnych wiekach te istoty miały skrzydła, czasami z piórami, innym razem przypominały postacie z fresków w piramidach. Niosły w ręku coś w rodzaju torebki ze zwyczajnym uchwytem. Chcemy w ich istnienie wierzyć, czy też nie, ale przez tysiąclecia zmieniły się tylko sposoby ich przedstawienia: czasami mają aureole, innym razem energię, raz są bosko piękni, innym razem szarzy i wredni. 

Wspaniałe wydawnictwo Saga-Egmont ma renomę. Nie wiem, komu czytelnicy bardziej ufają, istotne, że sięgają po moje powieści, nie czują zawodu po przeczytaniu, ale satysfakcję. 





niedziela, 28 sierpnia 2022

Ta pani to Muzyka

 


Justyna Philipp napisała książkę o muzyce "Cropelki".  Intencją jej było oddanie hołdu twórczości muzycznej Piotra Lacherta,  rozpowszechnianie  wiadomości o tym muzyku i kompozytorze, którego darzyła przyjaźnią.  Uważam jednak, że książka w głównej mierze to biografia tej wspaniałej pianistki i dla mnie ten wątek  utworu ma największą wartość, wzbudza zainteresowanie i podziw. Z tego też powodu zachęcam wszystkich do zapoznania się z treścią książki, trzeba przeczytać, nawet dwa razy, co ja uczyniłam, z takim samym zainteresowaniem i zachwytem, głównie ze względu na postać pianistki.
 

Tak pisze o sobie: "Mama  pięknie śpiewała,  umiała także grać   na  fortepianie. Śpiewała podczas  przygotowywania   posiłków w  kuchni  czyściutkim   sopranem. Tato  kształcił się u  wybitnych,  legendarnych już dziś  pianistów,  jak  Marsel  Mass  Stanisława Szpinalskiego,  Emmy  Altberg  uczennicy  Wandy  Landowskiej.
Wojna  jednak  uniemożliwiła ojcu  podążanie ścieżką  kariery  pianisty  koncertującego. Został architektem. 

Jak  zatem  ja  miałam nie  zostać muzykiem?"

 

 

Dokonania  Justyny Philipp są ogromne.

 

W Gdańsku dawała recitale z muzyką Piotra Lacherta, jak Wieczór Sonat. Płyt promocyjnych nagrała aż 37. Studiowała w WSM, dziś to Akademia Muzyczna. Uzyskała tytuł magistra sztuki i stała się pianistką koncertującą. Nadal poszerzała swą wiedzę, ukończyła międzynarodowe, mistrzowskie seminaria, dokształcając się u sław. Uczyła w różnych szkołach Trójmiasta, w Starogardzie, w Gdyni, w Sopocie.
Dała dwa tysiące występów, 500 w Studio Koncertowym Radia Gdańsk.

Założyła Gdańskie Koło Miłośników Muzyki Współczesnej. Znakomita jej rodzina, o której opowiem w stosowny miejscu, była solidną podporą: ojciec wspierał jej działalność, sfinansował koncert z okazji trzydziestolecia twórczości akordeonisty Krzysztofa Olczaka, profesora Akademii Muzycznej.  Z profesorem z kolei założyła Gdańską Fundację Twórców i Wykonawców Muzyki Współczesnej. Współpracowała z fundacją Muzyka Świata Barbary Bieleckiej, miłośniczką muzyki  Konstantego Krzysztofa Kulki. Ojciec po prostu uwielbiał grać, często w ciągu dnia zasiadał do fortepianu. Zbierało się grono słuchaczy, wszyscy w milczeniu i zachwycie słuchali tych domowych koncertów. Melodie wypływały przez otwarte okna, przechodnie się zatrzymywali i unosili głowy, by zobaczyć, z którego dochodzi ta piękna muzyka.
Rodzinny dom rozbrzmiewał muzyką od rana do późnej nocy.  Ojciec nie mógł oddać się koncertowaniu zawodowo, gdyż podczas okupacji pracował ciężko fizycznie, co wielokrotnie uszkodziło jego dłonie, a żaden lekarz nie zajął się leczeniem ran.
Rodzina pani Justyny przeżyła wiele trudnych chwil podczas wojny. Teraz czytamy o nich jak o niezwykłych przygodach, gdyż dobrze się skończyły. Dziadek, pan Philipp, był znanym toruńskim bankierem. Na kilka dni przed pierwszym września poinformowano go w banku o dacie wybuchu wojny, został zobowiązany do absolutnego milczenia. Dotrzymał słowa, mimo że rodzinie zagrażało niebezpieczeństwo. Wyobraźmy sobie, jak musiał się czuć, patrząc na beztroskie i zachowanie wszystkich w dom. W strasznym dniu 1 września, wszyscy po prostu wsiedli do pociągu bez zabezpieczenia i bagażu.
Wagon towarowy został wypełniony workami wypchanymi banknotami. Pracownicy banku spali na tych workach podczas jazdy pociągu. Mijali oddziały polskich żołnierzy. Chłopcy  maszerowali wesoło, zadowoleni, że udają się na wojnę i będą bić wroga, którego pogonią poza granice.
Żaden w tych chłopaków nie zdawał sobie sprawy z sytuacji, nie przypuszczał, co ich czeka, z pewnością nie oni jedyni. Nastroje szybko się zmieniły. W pewnym miejscu wagon został ostrzelany, drzwi nie można było zasunąć.  Pracownicy banku kryli się za wypchanymi worami, osłaniając ramionami głowę, a kule świstały poza otwartymi drzwiami, których nie można było zasunąć.
Pilnujący skarbu otrzymali wkrótce rozkaz spalenia pieniędzy. Widzimy znowu scenę jak z filmu sensacyjnego: rząd mężczyzn niesie wypchane worki, by je wrzucić do paleniska lokomotywy.  Wkrótce pociąg minęły oddziały żołnierzy radzieckich, dość skromnie ubranych, mimo że szli na wojnę: płaszcze nie były obrębione, a plecaki zarzucone na ramiona często wisiały na sznurkach.
Rodzina dotarła na Litwę. Początkowa przychylność do Polaków, ustąpiła niechęci: nazwiska lituanizowano, zamknięto Uniwersytet im. Stefana Batorego i szkoły. Należało opuścić ten kraj. Schwytani przez Niemców, poddani upokarzającemu odwszawianiu, choć na szczęście na tym się skończyło, zostali skierowani do pracy w fabryce, tam właśnie ojciec doznał wielu urazów bezcennych dłoni pianisty. Pod koniec wojny przebywał w środowisku żołnierskim, mowa ich była naszpikowana ordynarnymi przekleństwami. Ojciec nie używał tych słów, by - jak powiedział - nie hańbić ojczystej mowy. Takiego rodzaju byli to ludzie, wysoki poziom i kultura.
Udało się powrócić do kraju. Dziadek umożliwił ojcu pani Justyny studia zagraniczne na wydziale architektury.




W kraju kilkakrotnie zmieniali miejsce zamieszkania, fundusze dziadka zapewniły im dostatnie życie. Nieszczęścia ich nie omijały, córka babci,
Zosia umarła na czerwonkę. I tu nastąpiła scena jak z filmu lub wielkiej literatury, którą znamy: matka codziennie chodziła na grób córki, nad którym czuwała, prosząc o spokój wieczny dla zmarłej.
W Krakowie zamieszkali w domu Kassernów. Muzyk mieszkał w Stanach Zjednoczonych, często przyjeżdżał do żony. Zygfryd Kassern grywał w domu, były to wspaniałe koncerty. Dziwnym trafem naprzeciwko mieszkała Halina Czerny-Stefańska, ona również ciągle grała na fortepianie. Przechodnie podnosili głowy, obracając je raz w stronę jednego okna, to znów ku drugiemu. Jakże niezwykłe to były wydarzenia. Longina Kassern pracowicie przepisywała nuty swojego męża, przypomina się scena z wielkiej literatury: żona Tołstoja przepisała jego gigantyczną powieść, i to nie jeden raz.
Ta historia ma ciąg dalszy. Po wielu latach dr Wioletta Kostka z Akademii Muzycznej w Gdańsku napisała książkę o Kassernie, wspominała w niej o mamie pani Justyny.   Dała jej nuty Sonaty Orawskiej tego muzyka, której nikt na świecie nie grał. W Studiu Koncertowym S3 w Radiu Gdańsk  Justyna Philipp zagrała tan utwór, była to światowa prapremiera. Podczas Międzynarodowego Kursu Pianistycznego we Wrocławiu zagrała po raz wtóry ten piekielnie trudny utwór. Mimo błędów amerykańskiego kopisty wykonanie było wzorcowe i godne naśladowania. Przyjechała rodzina z USA, namawiali na nagranie płyty i przysłanie, uważam, że to pani Justyna powinna otrzymać od nich płytę, jako podziękowanie. Ona zaczęła grać Lacherta.
Najpiękniejsze strony tej książki to opis dzieciństwa i młodości pani Justyny, które spędziła w Gdańsku.  Mieszkali w pięknym domu, odnowionym i urządzonym dzięki hojności i możliwościom finansowym dziadka. Szafy były pełne płyt, a w pokojach stały fortepiany i inne urządzenia muzyczne. Dom był zawsze pełen gości, do ojca przychodzili znajomi architekci, rozmawiano, mama serwował poczęstunek, ojciec zasiadał do gry, wszyscy słuchali koncertu. Ojciec zaprojektował szatę architektoniczną  na Wyspie Spichrzów. Miał wielkie serce dla kultury polskiej.
Justyna zaczęła pobierać lekcje gry na pianinie, gdy miała pięć lat. Kiedy uczyła się w szkole, nieustannie słuchała płyt. Miała genialną pamięć  muzyczną. Po wysłuchaniu płyty, wyśpiewywała nagraną na niej muzykę. Kiedy ją skończyła, prosiła ojca: "Tato, załatw mi płytę". I znowu słuchała i śpiewała aż do
wieczora. W nocy śniła się jej muzyka.
Kiedy mama zawoziła ją do szkoły, podnosiła rączki i zaczynała śpiewać, dając koncert pasażerom. Musiało to być zachwycające. Mnie bardzo by się podobało, gdybym miała szczęście jechać tym tramwajem. Wszystko, co gra, musi umieć zaśpiewać, również melodie bardzo trudnych sonat Lacherta i skompli
kowane partytury. Pamięć muzyczną ma wyćwiczoną do perfekcji. W nocy śniły się jej melodie. Przed snem wyśpiewywała płytowe wykonania Glenna Goulda czy Marty Argerich. Cóż za talent!
Wielka przygoda i przyjaźń z Piotrem Lachertem zaczęła się podczas kursu w Zakopanem w willi "Atma" w roku 1998.
Chciała nagrać 48 preludiów i fug Bacha w Radiu Gdańsk, przygotowała ten materiał na zajęcia na kursie. Zachwyciła ją muzyka Piotra Lacherta. Poprosiła o pożyczenie nut jego 12 etiud na fortepian  - Gurlitt in jazz. Chciała poczytać w domu. Dał jej w prezencie. Po powrocie do Gdańska zaproponowała  Jackowi Puchalskiemu, reżyserowi dźwięku w Radiu Gdańsk nagranie muzyki Piotra Lacherta. Współpraca pięknie się zaczęła i trwała wiele lat. Etiudy zostały nagrane na szpulowej taśmie magnetofonowej i wysłane do Włoch. Kompozytor przysłał paczkę z nutami i kazał długo studiować zapisaną muzykę. Ale to uwaga nie do pani Justyny, nagrała płytę z sonatą i pojechała na kolejny kurs. Na trzeci kurs w roku 2000 grała tylko Lacherta. Muzyka kompozytora  całkowicie nią owładnęła. Od tego czasu grała jego kompozycje..
20 lat wytężonej pracy artystki pianistki Justyny Philipp nad twórczością fortepianową i kameralną Piotra Marii Lacherta zaowocowało 37 płytami promocyjnymi, które nagrała w Studio Koncertowym S 3 Radia  Gdańsk. Justyna Philipp nie tylko sama nagrała tak wiele płyt. Rozszerzyła swoją działalność koncertową o kontakty z wielkimi artystami muzykami w Polsce i za granicą. W Osace w wydawnictwie płytowym Da Vinci ukazała się jej monograficzna płyta z muzyką właśnie Piotra Lacherta. Kompozytor był zachwycony tym nagraniem.
 
Lata 1971-1991 Piotr Lachert założyciel i dyrektor Theatre Europeen de Musique Vivante w Brukseli był spiżowym pomnikiem - reliktem innej epoki, tej lepszej, był tytanem europejskiej awangardy, prekursorem twórczej pedagogiki pianistycznej, wytwornym arystokratą słowa i muzycznej frazy, błyskotliwym erudytą o kolosalnej wiedzy, filozofem, wolnomyślicielem i czarującym rozmówcą. Wyznawał zasady absolutnej bezkompromisowości, intelektualnej uczciwości i odwagi.
"Cropelki" to miniatury fortepianowe Lacherta, dedykowane pani Justynie.
Nagrywała 20 lat w studio koncertowym Radia Gdańsk. Propagowała muzykę Piotra Lacherta, która jest motywem jej drogi artystycznej, motto przewodnim. Książką chce zachęcić do jego muzyki.
Muzyk pisał również cyklicznie artykuły do "Ruchu Muzycznego", pod wspólnym tytułem "Złote klawisze". Przybliżał postacie wielkich pianistów, legendarnych wirtuozów fortepianu.
Nauczał sławnych pianistów, miał tysiące studentów w master class na całym świecie. Tworzył muzykę dla teatrów, są na YT i innych kanałach internetowych. Pisał muzykę kameralną i solową, również dla siostry Hanny, wiolinistki, która jest członkinią Nowojorskiej Orkiestry Filharmonicznej. Ukończył Państwową Wyższą Szkołę Muzyczną w Warszawie. Miejsca jego studiów to Hanower, Bruksela, Paryż i u Marii Wiłkomirskiej. Piotr Lachert to  profesor Królewskiego Konserwatorium w Brukseli. Prowadził tam własną szkołę pianistyki. Stworzył komputerowy system komponowania muzyki Letter Music. W latach 1997- 2005 organizował Konkurs Premio Citta di Pescara."Noi pianisti", czyli skarbnica wiedzy dla młodych.
Prezydent Paweł Adamowicz cenił grę Justyny Philipp, powiedział, że przybliża muzykę tym, którzy nie mają możliwości słuchać koncertów. Umożliwia młodzieży kontakt  ze  sztuką na  co dzień.
 
 
 

niedziela, 21 sierpnia 2022

Wielki powrót do przodu


 W Gdańsku trwają Targi Książki, wydawców aż trudno policzyć, jest ich tak wielu. Pojawiła się znaczna liczba autorów. To nowe pokolenie. Jeszcze przed pandemią pracowali gdzieś tam w bibliotece, czy uczyli w szkole, a teraz już są pisarzami. Czyżby te dwa poprzednie lata nakręciły zegar czasu i zaczął chodzić dwa razy szybciej?


Oto co pisze Jacek Franco Horęzga: "Szamani Fantastyki zapraszają na Dni Fantastyki do Centrum Kultury "Zamek" w Leśnicy pod Wrocławiem, w dniach 27 i 28 sierpnia 2022. Dzięki uprzejmości Doroty B. Foryś i Marcina Halskiego, będzie można nas odwiedzić na naszym mini-stoisku, podpiętym pod stoiska Doroty i Marcina.
Wg. nieoficjalnych informacji, w sobotę stoisko odwiedzi znany, wrocławski Inquisitor - Jacek Inglot. Byś może w towarzystwie Starej Gwardii pionierów wrocławskiego Fandomu."



Książka "Chciej mnie zawsze" Jakuba Turkiewicza, oznaczona numerem dwa na liście książek do wydania, ukazała się jako pierwsza. Wydanie tej książki Franco zadedykował Maćkowi Parowskiemu, wspaniałemu redaktorowi, któremu wszyscy mamy wiele do zawdzięczenia. Dzięki niemu ukazało się w "Fantastyce" moje opowiadani "Szaman".

"Część Ciebie powraca także tu, Wielki Redaktorze i Kreatorze. Gdzie w gwiezdnym pyle Mlecznych Dróg znów wybrzmiewa odwieczne pytanie: Kim jestem? Skąd przychodzę? Dokąd zmierzam?"- Pisze Franco we wstępie do książki Jakuba Turkiewicza.

Na końcu książki została zamieszczona lista tytułów, które zostaną wydane. Moje są na siódmym i dziewiątym miejscu, co mnie cieszy. A tymczasem kupujmy na stoiskach Dni Fantastyki w Leśnicy książkę Jacka Izworskiego "Gwiezdne szczenię", "Duszę" Luizy Dobrzyńskiej, "Chciej mnie zawsze" Jakuba Turkiewicza oraz "Inquisitora" Jacka Inglota.

Na moje książki poczekamy trochę, proces wydawniczy to trudna sprawa, a póki co, będę przybliżać na blogu opowiadania, które zostaną w nich zmieszczone.

niedziela, 14 sierpnia 2022

Szczęście na końcu świata

 "Dzieci planety Ziemia" to tytuł ostatniej części trylogii Luizy Dobrzyńskiej, o których pisałam po kolei na blogu: "Dusza", "Kawalkada". Druga kończy się niebezpiecznie: Ziemia nie odpowiada, a ludzie opuścili ją i lecą kawalkadą, szukając planety, na której mają osiąść, by się uratować, gdyż ich rodzima planeta ma zostać zniszczona.



I tak panuje na niej bardzo zła sytuacja: przyroda jest niemal wytruta, stosunki społeczne okrutne. Ponieważ ludzie mają być zdrowi, eutanazja jest najlepszym środkiem do natychmiastowego eliminowania wadliwych osobników. Kobiety z niewłaściwą pulą genów otrzymują zakaz rodzenia dzieci. Nazywa się je zerówkami, toteż w całym życiu czują się jak jedno wielkie zero. Żyją samotnie i są nieszczęśliwe, nie są pełnymi ludźmi. Mogą jednak mieć androida za towarzysza życia, który jest sztuczną istotą, a nie człowiekiem, chociaż ma wiele wartościowych cech. 

Taki właśnie jest Raul, towarzysz Etty, zerówki. Obdarza ją czułością, opieką i miłością. Etta kieruje nim życzliwie i mądrze: nakłania go do uczenia się, nie ogranicza w niczym, wreszcie zwraca mu wolność. I chociaż on odpowiada, że jest wolny, dopiero po pewnym czasie rozumie wartość tego stwierdzenia. Niby to wolno mu robić wszystko, jednak po tym stwierdzeniu, usłyszanym od człowieka, pojął wartość ofiarowanej mu wolności. Androidy pomagają ludziom, wykonują ogrom pracy, lecz Raul może wybierać, czym chce się zająć i w jakim kierunku kształcić. Swoboda wyboru daje mu szczęście, nie jest niczym ograniczony, sam kieruje swoim życiem - a to właśnie jest cecha człowieka. Pokazanie drogi rozwoju tego osobnika jest wielką mądrością i wartością tej książki, warto ją przeczytać, aby to zrozumieć i wyrazić słowami. 

Podczas długiej podróży wydarza się wiele: ludzie spotykają samotny statek kosmiczny. Zbadanie go prowadzi do wielu refleksji. Udało im się wreszcie wylądować na docelowej planecie. Część załogi opuszcza statki, wielu pozostaje w pojemnikach i czeka na wybudzenie. 

Planeta ma piękną i bogatą przyrodę: drzewa, wodę i zwierzęta. Zadaniem specjalistów jest wszystko zbadać, ocenić, czy woda nadaje się do picia, a rośliny do jedzenia. Ludzie znacznie się zmieniają, zaczynają rozumieć, jak nieludzkie i okrutne prawa panowały na Ziemi. Ich psychika i dusze odzyskują wartości prawdziwego człowieczeństwa. 

Spotykają innych, decydują od razu, że nie będą im narzucać swoich praw i wartości. Dzieje się wiele, zdarzają się niesamowite sytuacje, ktoś zostaje zabity, natrafiają na cmentarz, mają szansę przeczytać dziwną księgę, walczą ze strasznym i niesamowitym potworem, który prawdopodobnie przybył w jakimś odłamku z innej galaktyki, to ciekawe i fascynujące, lecz najważniejsze są zmiany, jaki zachodzą w ludziach, one pokazują czytelnikowi wartość człowieka. 

Etta, główna bohaterka, również pozbywa się poniżającego ją stygmatu: kobieta zero. Czytelnik musi odgadnąć, co się wydarzyło i nadało jej wartość. A stało się to na końcu świata. 



niedziela, 7 sierpnia 2022

Nigdy już nie zobaczysz Ziemi

 Przeczytałam powieść Luizy Dobrzyńskiej "Dusza", mówiącej o okrutnym układzie społecznym na Ziemi oraz o androidzie, będącym towarzyszem samotnych kobiet czy mężczyzn. Gdzieś w tle przewija się motyw planowanego odlotu wybranej grupy ludzi na przygotowaną do zasiedlenia stację kosmiczną. Motyw ten jest zawieszony, wszyscy wiedzą, że wyprawa się wydarzy, jednakże daty nie podano. Wiemy jedynie, że ten odlot jest konieczny, jako że w naszą planetę uderzy olbrzymia asteroida. I trzeba będzie uciekać. 

Wkrótce po zawieszeniu postów na blogu, przeczytajcie poprzednie, doręczono mi dwie książki Luizy Dobrzyńskiej. Tomy "Kawalkada" i "Dzieci planety Ziemia" są kontynuacją  pierwszego. Mamy tych samych bohaterów i ciąg dalszy wydarzeń.  Termin odlotu nigdy nie został im ogłoszony. Wyruszyli nagle, tego się nie spodziewali. 

Mimo że należeli do wyselekcjonowanej grupy znakomitych fachowców, stabilnych emocjonalnie, odlot nie przebiegał spokojnie: musiał interweniować lekarz i podać środki uspokajające. Dowiedzieli się bowiem, że nigdy już nie zobaczą swojej macierzystej planety. 

Powinni uważać się za szczęściarzy. Nie podano im całej prawdy o uderzeniu asteroidy w Ziemię. Na naszej planecie wybuchnie kataklizm, ludzie będą musieli uciekać w pośpiechu, a nigdy nie byli w stanie wybudować wystarczającej liczby statków kosmicznych, by wszyscy mogli się na nie załadować. O miejsce na każdym z nich będą się toczyć bezwzględne walki.

W Ziemię uderzy kilkanaście obiektów kosmicznych, ich wyliczony tor przecina się z ziemską orbitą. Nadzieja, że uda się odchylić orbitę każdego z nich, jest płonna, może kilka asteroidów przeleci obok, a reszta? W naszą planetę będą walić jedna po drugiej pędzące obiekty. Każde uderzenie wywoła tsunami i wyrzuci do atmosfery takie ilości gazów i pyłu, że nastąpi jej przegrzanie, a potem ochłodzenie, jak podczas zimy postnuklearnej. W tym czasie ludzie będą się ze sobą bić o dostęp do wejścia na statek kosmiczny.

Mimo że ludzkość wiedziała o grożącym upadku asteroidy, toczyła ze sobą małe głupie wojenki, i to po kilkanaście naraz, chcąc zdobyć więcej pieniędzy, odrobinę terytorium i władzę. 

Czy kiedykolwiek słyszeliście o gwieździe Nemezis?  Tam odlecą. I nigdy już nie zobaczą Ziemi. Czy będą się oglądać?  


niedziela, 31 lipca 2022

Zupełnie inaczej, tyle że tak samo

 "Dusza" - powieść Luizy Dobrzyńskiej warta jest wielu wpisów na blogu. Tym razem chciałabym pokazać przyjemne strony tamtego świata, który nas przeraża, uważamy, że jest straszny, mimo wszystko bardzo do nas podobny i wcale nie staramy się od niego odróżnić i zadbać o bezpieczeństwo przyrody na naszej planecie. Czytamy, że odrywają się kawały wiecznego lodu, wysychają jeziora, lecz cóż, traktujemy to jako news, siedząc sobie na plaży, liżąc loda. Wychodzimy, nie oglądając się, z nosem w komórce, a za plecami tony śmieci na piasku, plastyk w wodzie truje ryby. 

Widzimy park rozrywki, wesołe miasteczko czy jarmark. W tamtym świecie rozdzielono strefę mieszkalną od rozrywkowo wypoczynkowej. Tam na ludzi czekały parki, kawiarnie, wesołe miasteczka i muzea. Tylko dlaczego nazwano ją spacerniakiem, pewnie nie bez przyczyny. Czyżby dlatego, że teren był pod  nadzorem policji?

Etta bywała tu na lodach w ulubionej kawiarni. Nadano im smak czekoladowy i dołożono wyjątkowo pyszny substytut bitej śmietanki. Składniki naturalne osiągały gigantyczne ceny, produkcja sztucznych smaków przynosiła znaczne dochody. Czy wszyscy czytamy listę składników na opakowaniach i czy jesteśmy zorientowani, co się kryje za skrótami, a nawet jeśli wiemy, czy odkładamy rzecz na półkę? Tylko najbogatsi odżywiali się produktami naturalnymi, a jak jest teraz? 

Do kawiarni weszła dawno niewidziana przyjaciółka. Ich rozmowa toczyła się zwyczajnie, ale tematów takich nie mamy: koleżanka pracowała w fabryce literatury.  Siedziała w wielkiej sali z setkami komputerów i opisywała motyw na wyznaczonej liczbie stron. Dbano o jej rozwój, posłano na kurs do policji, by się przyjrzała pracy detektywów, skończyła również kurs elegancji i stylu, by opisywać wyższe sfery. Rozmawiałam z panem milicjantem, pisząc moją powieść "Raport", książka nadal dobrze się sprzedaje.  A moja znajoma pisarka, zresztą nie tylko ona, zarabia, organizując warsztaty literackie. Tak sobie gawędziły, dziobiąc łyżeczką lody z pucharka. Wszystko tak samo, tyle że od ówczesnych sztucznych lodów się nie tyło. 

Kiedy jednak przyjaciółka usłyszała, że Etta ma androida za towarzysza, wybuchła tak głośnym śmiechem, że patrzyli na nią goście z sąsiednich stolików. Pytanie o zdrowie brata odwróciło uwagę przyjaciółki. 

Poprosił o eutanazję, odpowiedziała, zanurzając łyżeczkę w słodkim kremie. No nie, my jeszcze tak głęboko nie ugrzęźliśmy w tym bagnie. Wtedy absorbowanie rodziny było złe, chory nie chciał stać się ciężarem dla rodziny, ludzie nie bali się śmierci. Nauczycielka niedawno uczestniczyła w sądzie nad nieletnią dziewczynką, która nie rozumiała swojego czynu, ale została uwięziona, wyjdzie po odsiedzeniu wyroku odmieniona. Ale czy zrozumie swój czyn? Słyszałam niedawno w radio, że dziesięciolatkom będzie się nakładać kajdany. Nie pamiętam dokładnie całej sytuacji, może ktoś zna szczegóły i mi pomoże. 

Nie tylko lody w kawiarni wydawały się takie same, tyle że inne.  Etta zjadła na śniadanie substytutowy chleb, pokrojony na kromki i posmarowany pastą jajeczną lub ekstraktem z drożdży. Nie słyszałam o tym, może weganie. Kanapki zostawiano w sterylizatorze. Pijano kawę i herbatę, które należało zaparzać. Osobie z gorączką dolewano soku malinowego, kubek stawiano na stoliczku przy łóżku, a chorobę stwierdzał diagnoster. Bardzo lubię książki, w których obce, wymyślone określenia są oczywiste i nie trzeba łamać sobie głowy, by odgadnąć znaczenie. 

Czy szkoła i nauka są takie same, tyle że inne? Szkoła była olbrzymia, przeszklona i sterylnie czysta. Pilnowali jej elektroniczni strażnicy i wyszkoleni ochroniarze. Dzieci musiały rokować rozwój IQ zgodny z normami, w przeciwnym razie, poddawano je eutanazji. Rodziców nie pytano o zgodę. Powiedzcie mi, ile jeszcze mamy stopni, by wejść do budynku takiej szkoły?