niedziela, 17 października 2021

Śliwka w Kosmosie

Czy transgalaktyczny podróżnik może dać się wykiwać śliwce? Czyżby to było możliwe, a co więcej : łatwe? Chyba tak, ale jedynie poza Układem Słonecznym, niedaleko czerwonawej gwiazdy Phi, w konstelacji Drzemki Południowej. Teraz już rozumiemy, kiedy i jak to się stało oraz czy było łatwe.

Nasz kosmonauta, bohater opowiadania Janusza A. Zajdla "Apetyt na śliwki" na tę podróż pechowo zaopatrzył spiżarnię niemal wyłącznie w tłuste konserwy wieprzowe, toteż  ostre przyprawy wyszły mu szybko. A skąd tu dostać trochę chrzanu lub choćby odrobinę czegoś kwaśnego? 

Okrążając małą planetkę, dostrzegł w skalistych rozpadlinach pasma zieleni. Zauważył również, że porastała rejony blisko równika, ze względu na lepsze nasłonecznienie. Obracała się z niewiarygodną prędkością, dokonywał różnych przeliczeń i doszedł do wniosku, że siła odśrodkowa wynikająca z jej obrotów musiała przeważać nad siłą ciążenia. 


Zafrapowany fenomenem, wylądował na planetce i wyszedł na powierzchnię w skafandrze. Na biegunie ciążenie było nieznaczne, więc mógł się poruszać długimi susami. Po przebyciu pewnej odległości, skoki stawały się coraz dłuższe, a opadanie wolniejsze. Groziło niebezpieczeństwo, że po przebyciu kolejnych kilometrów zawiśnie w ponad powierzchnią skalistej planety. Obliczył siłę odśrodkową i ciążenia i zanim niebezpieczeństwo nadeszło, dotarł do zarośli i uchwycił się konarów. Gałęzie krzewów były pokryte gęsto owocami. Okazało, że wybornymi w smaku, przypominającym nieco śliwki.  Przypomniał sobie tłuste konserwy i zapragnął urozmaicić je śliwkami w occie, napakował więc kieszenie owocami i powrócił do rakiety. Tam zbadał jedną śliwkę w analizatorze gastronomicznym i przystąpił do napełniania słoja i zalewania owoców octem. Po dodaniu goździków odstawił słój do spiżarni, by ocet naciągnął.


Po kilku dniach, kiedy marynata była gotowa zasiadł do degustacji, wyjąwszy na talerzyk cztery śliwki. Kiedy miał dziobnąć widelcem w czwartą, usłyszał piskliwy głosik. Wyzwany od głupców, wdał się z rozmowę. Marynowana śliwka  przemawiała wprost do jego świadomości. Powiedziała mu, że są na wysokim poziomie rozwoju, zajmują się filozofią, literaturą piękną i matematyką.Należą do razy Prunelidów, jednej z przodujących cywilizacji Galaktyki.

Długo trwała rozmowa, kosmonauta pragnął się dowiedzieć, jak się zasiewają na innych planetach, domyślił się, że pestki są czymś w rodzaju nasion, ale jak dotrzeć w Kosmos. Nie mógł tego odgadnąć, mimo wcześniejszych obliczeń. Zezłoszczony drwinami, rzucił śliwkę w przestrzeń.I jak to się skończyło? Czyż mam wyjaśniać, jak się zasiewa śliwy czy cokolwiek.  Pewnie panuje jedno prawo, przynajmniej jeśli chodzi o śliwki. 


niedziela, 10 października 2021

Kosmiczny królik

 "Gdy nad drzwiami zapłonęło czerwone światło, szmer rozmów ucichł nagle". Tak właśnie trzeba zaczynać opowiadania lub powieści: "Ogary poszły w las". Krótkie zdanie uruchamia akcję, wiemy, że będzie się dziać coś interesującego. Autor nie musiał wyjaśniać, co oznacza czerwone światło w tym wypadku. Domyślamy się, że skończył się egzamin albo coś podobnego i powinien wejść następny delikwent

 Jest to opowiadanie Janusza A. Zajdla "Diabelski młyn" z tomu "Przejście przez lustro". Zostało napisane w 1964 roku. Dlaczego wybrałam akurat to jako pierwsze do omówienia? Wiele rzeczy, choćby drobnych, bardzo mnie zaciekawiło, a najbardziej nazwisko głównego bohatera: Jan Link. Tak, Link. Jak sądzicie, drodzy czytelnicy, czy wtedy istniało już to słowo, czy Zajdel je wymyślił. Kto wie i nam powie?

Pamiętam niezrozumiałe słowo ze swojego dzieciństwa. Czytałam wtedy masę książek, a w powieściach Juliusza Verne'a wciąż natykałam się na słowo: log. Powinnam raczej powiedzieć, że się o nie potykałam, gdyż nie rozumiałam jego znaczenia, w dodatku wspominano o księdze logów. Nikt nie umiał mi wytłumaczyć mi znaczenia tego tajemniczego słowa, a teraz znają nawet dzieci. 

Jan Link dostał roczny przydział na praktykę na Diabelskim Młynie, który miał złą sławę, a kolega Link był uważany za pechowca. Zobaczymy, czy to prawda. Satelita, oficjalnie nazwany LS-2 był automatycznym laboratorium. Ten gruchot, jak twierdzi Autor, został umieszczony na orbicie: słuchajcie, słuchajcie, w ostatnich latach XX wieku. Był to po prostu stary wrak, wymagający rozebrania i remontu. Ale to by zbyt dużo  kosztowało, więc nadal musiał służyć ludzkości.. 

Robota  na satelicie była nudna i monotonna. Ktoś jednakże wspomniał, że w Diabelskim Młynie straszy. No i mamy doskonałe wejście w główny wątek: krótkie napomknienie i cisza, denerwuj się czytelniku i czekaj na rozwój wydarzeń, ale najpierw musisz przejść przez procedury, by dostać paszport.. 

Aby wyruszyć na satelitę, Link musiał załatwić masę formalności, wypełnić stosy zaświadczeń i formularzy. Główny inspektor  Inspektoratu Odlotów biurokrata, był złośliwie skrupulatny. Zastanówmy się, czy w erze kosmicznej będziemy się borykać z masą papierków, już teraz  załatwiamy wiele spraw emailem i zakres szybko się rozszerza.

Jan Link załatwiał formalności kilka dni, co trwało dłużej niż lot na Księżyc. Biurokracja przetrwała do ery kosmicznej. Świat nie mógł  funkcjonować bez  urzędów, a one bez podpisu, pieczątki i kopii w trzech egzemplarzach, tak było wszędzie, myśl nie mogła tego pominąć. Wyobraźnia szybciej i łatwiej produkowała rakiety niż rzeczywistość bez podpisu szefa. Dokument bez parafki oznacza, że ludziom można zaufać, chyba że są inne sposoby kontroli i każdy obywatel ma swój numerek od chwili narodzin.

W Inspektoracie Odlotów kolekcjonowanie papierków rzekomo absolutnie niezbędnych było namiętnością pana inspektora. Kwitł, gdy mógł odmówić paszportu zeszmaconemu interesantowi, który  po raz enty stawał przed biurkiem. Jan Link rozłożył ręce, brakowało mu jakiegoś dokumentu. Oczy inspektora zabłysły radością, lecz Link wydobył z głębi kieszeni mały karteluszek. Zdobył bezcenny podpis oraz dostał paszport.

Na satelitę  LS -2 leciał z przesiadką z Dworca Księżycowego, zatłoczonego uczestnikami wycieczki na Księżyc. Jego zmagania z biurokracją jeszcze się nie skończyły: w komorze kontrolnej musiał po raz kolejny opowiedzieć ze szczegółami: dokąd się udaje, w jakim celu i co ze sobą zabiera. 

Było jednak wesoło, chociaż rakieta była ogromna i stara: transportowiec towarowy przystosowany do potrzeb turystycznych. W drzwiach stał robot pilnujący porządku. Jan miał miejsce obok gadatliwej blondynki. Znudzony pytaniami, wyjął z teczki czasopismo "Orbita". z rejestrami i krótkimi charakterystykami sztucznych satelitów, ustawionych na orbitach okołoziemskich. Odbitki były marne, gdyż studenci kserowali materiały, musiał skorzystać z kopiarki światłodrukowej. 

Dojechali do stacji przesiadkowej, Jan schował odbitki do teczki i wyszedł do doku, gdzie czekała na niego rakieta z satelity LS-2 i  kolega, Bruno. A co z teczką? Chyba niósł ją w ręku lub pod pachą. O jego bagażu nic nie wiadomo. Leciał rakieta, dolecieli, odpiął pasy. Teczka wciąż pod pachą?


Kolega zaprowadził go do jego pokoju: tapczan, stoliczek, szafa w ścianie, tablica rozdzielcza z głośnikiem wewnętrznej łączności, a na stole mikrofon. Autor wiedział, co pisze. Te przedmioty muszą zagrać swoje role w akcji.Dowódca, Haar, miał złą opinie. Nie opuszczał stacji wiele lat, z nieznanego powodu. Podobno robił jakieś eksperymenty, ale to tajemnica. 

Bruno nagle otrzymał radiogram z Kontroli. Z powodu awarii musiał wyruszyć natychmiast, by wymienić przekaźnik Co za traf!  Właśnie tego dnia, gdy przybył praktykant bez doświadczenia. Rozwścieczony Haar musiał dołączyć. Jan Link został sam na stacji. Poszłoby dobrze, lecz Haar co godzinę łączył się z Janem Linkiem i pytał, czy wszystko w porządku na stacji. Panował spokój i nuda. To nic. Za godzinę znowu pytanie i rozkaz: przejdź się w obie strony. Te natrętne pytania skłoniły Jana do skontrolowania stacji. Musiał sprawdzić, czy coś się nie dzieje. A przecież Link mógłby spać spokojnie, bo wszędzie panowała pustka i cisza. Ale nie byłoby akcji i dramatu.

Ruszył korytarzem. Za przepierzeniem usłyszał jakieś jęki czy skomlenie. Zaciekawiony,  wyszedł przez śluzę na zewnątrz i potem wrócił do rakiety, otwierając klapę, bo nie była zabezpieczona.Co za szczęście! Gdy wszedł z powrotem, dobiegło go jękliwe wycie.Gdy otworzył kolejne drzwi, rzucił się na niego potwór, pokryty długą zmierzwioną sierścią. Miał okrągłe ślepia, otwartą paszczę, z której sterczały długie i i białe zęby. 

Jan strzelał do niego z pistoletu gaśniczego.Pociski omijały potwora, co było niezrozumiałe. Dopiero uderzenia kolbą pistoletu unieruchomiły potwora, jego cielsko legło na podłodze. Kiedy wrócił zrozpaczony Haar, Jan dowiedział się, że zniszczył dwadzieścia lat pracy starego dowódcy.  Chciał wyhodować zwierzę odporne na promieniowanie kosmiczne. Haar całe życie poświęcił zagadnieniom oddziaływania radiacji na organizmy żywe. Wielki cel jego życia i nadzieja zostały zniszczone. Wszystko zmarnowane, ludzie będą umierać porażeni promieniowaniem.

Link utrzymywał, że rzucił się na niego potwór. "Przecież to był królik", powiedział Haar. Przez lata hodował mutanta, gdyż króliki mnożą się szybko. 


 Jan dziwił się, że nie mógł  wcelować w potwora. W oczach Haara zabłysły wesołe ogniki. A więc było to po prostu działanie siły ... i tak dalej: wektory prędkości kątowej, siły prostopadłe do prędkości. Taką to przewagę miał Haar, bo Janowi było głupio, nie pamiętał elementarnej mechaniki. Gdzie rozpacz starego człowieka, gdzież smutek po zmarnowanych latach. A teczka leżała na stole. Chyba.



niedziela, 3 października 2021

Jak lepiej?

O co więc chodzi, co się kryje pod tytułem poprzedniego postu:"Jest, jak było"? Rzeczywistość Ziemi po odejściu Proksów powinna być zupełnie inna, niż podczas ich rządów. Dlaczego jest, jak było? W pewnym sensie Ziemia się zmieniła. Zniknęły granice,ograniczające kwadraty, które nie były państwami, a te zostały przywrócone. Cóż więc złego się stało?

Dobrze, że ze ścian budynków usunięto białe skrzynki, do których wrzucano kartki z donosami. Ludzie przestali nagle znikać z błahego powodu, ważnego jednakże dla Proksów. Skreślono opinie i rzeczy oficjalnie nieistniejące, Wszyscy wiedzieli, że te rzeczy są. wiedzieli również, że jest inaczej, niż nakazuje się wierzyć. A jednak utrzymywano, że ich nie ma. Nie będę przypominać mrówek, których również oficjalnie nie było. Można przypomnieć ważniejsze rzeczy oficjalnie nieistniejące: oficjalne prawdy polityczne czy naukowe.


Ale przecież takiego kształtu rzeczywistości nie wprowadzili Proksowie. Zrobili to ludzie, Proksowie tylko delikatnie sugerowali, czego sobie życzą. To ludzie wzajemnie się dręczyli i wprowadzali surowe prawa oraz ich bezwzględne egzekwowanie. Są sceny, jak na granicy policjanci przeszukiwali bagaże, czyniąc to skrupulatnie, czytając listy, by sprawdzić, czy nie ma w nich słów zagrażających Proksom. Z błahego powodu przenoszono człowieka do innego kwadratu albo jeszcze gdzieś dalej. Tracił wszystko.

Ludzie nie buntowali się temu porządkowi. Jedni z przyzwyczajenia, inni dlatego, że wystarczało im spokojne życie bez głodu. Tak bardzo przywykli do tego stanu, że nie było siły, by ich przekonać najbardziej wyszukanymi argumentami o jego szkodliwości i nikczemności. Nie brakowało im wolności, nie znali tego stanu, gdyż nigdy go nie doświadczyli. Inni wreszcie, mimo że wiedzieli, jaka jest prawda, nie pozwalali jej głosić, gdyż ciągnęli korzyści z tej sytuacji.

Czy mam wyjaśniać, jaki to był stan, jaki ustrój? Z pewnością młodzi czytelnicy nie rozumieją, o czym mówię, gdyż nigdy nie doświadczyli choćby rewizji na granicy i cenzury,  nie rozumieją określenia oficjalna prawda. . Jeżeli zapoznają się z powieścią "Wyjście z cienia" i znajdą się w środku tych absurdalnych scen, uznają z pewnością, że jest to powieść science fiction, tu mają rację, dobrze określili gatunek literacki, pomyślą, że opisany ustrój to fikcja. Namawiam ich do przeczytania tej książki, gdyż opis tamtych lat w podręczniku nie roztoczy przed ich oczami prawdziwego obrazu życia. Pamiętam, jak po raz pierwszy przejeżdżałam przez granicę samochodem, kiedy granic już nie było. Pięknie świeciło słońce, jechaliśmy leśną drogą, gdzieś na drzewie śpiewał ptak. Przy drodze stała tablica napisana po francusku: Niemcy, odwróciliśmy się: na innej tablicy przeczytałam słowo: Francja. Staliśmy, rozglądając się. Nie nadjechał w pędzie wojskowy samochód, z lasu nie wyszli żołnierze z bronią. Ruszyliśmy niepewnie, wciąż śpiewał ptak.  

Kim właściwie byli Proksowie? Wysłano ich na Ziemię z misją handlową. Jakże wiele znaczeń ma słowo misja. Przed wiekami wysyłano zakonników do pogańskich krajów z misją szerzenia religii, jakże ostre kanty miał krzyż na płaszczach rycerzy idących z krucjatą. W naszych czasach również popularne jest słowo misja, w której udział biorą żołnierze.

Prokowie pochodzili z planety Epsi. Komisja ekspertów z tej planety wydała raport, w którym stwierdziła, że podczas akcji nazwanej eufemistycznie nawiązywanie przyjaznych stosunków dopuszczono się gigantycznej mistyfikacji i serii oszustw; wymuszono zależności polityczne i świadczenia materialne. Jakże delikatnie podsumowano tę zbrodniczą misję. 

Proksowie opuścili Ziemię, zniknęły kwadraty, przywrócono państwa: Telewizja podawała wiadomości. Akra poinformowała, że usunięto ostatnią wieżyczkę z granic. Powstały samorządy lokalne. Kwadratowy, czyli zarządca dawnego kwadratu, stawał na czele takiego samorządu. w uznaniu zasług w dziedzinie prowadzenia kompromisowej polityki w trudnych warunkach okupacji proksyjskiej. O działaniu ręka w rękę nie wspomniano.

Najbardziej przerażająca wiadomość pochodziła z Afryki.


 "...doszło do starć z zamieszkałymi na tym terenie potomkami obywateli dawnego Bwamburu, kwestionującymi przebieg linii granicznej pomiędzy Nową Gwambą a Wielkim Bwamburu, który zamierzają reaktywować..." Z tego też powodu mogłam dać tytuł Jest jak było. I teraz możemy się zastanowić: Jak lepiej? Czy istnieje prosta odpowiedź: tak - nie?