sobota, 18 listopada 2017

Nordycy rulez


To wysocy humanoidzi o niebieskich oczach, zaklasyfikowani jako typ nordycki, pełnią kierowniczą rolę w pustych i przerażających salach badań. Zarządzają Szarakami i traktują ich jako istoty podległe. To mnie bardzo niepokoi, czyżby zależność naszych przekonań i symboli była aż tak znacząca?


Przypadki porwań dzieci wydają się szczególnie przerażające, lecz i przekonujące. Relacje dorosłych odrzucamy wzruszeniem ramion: "Przypadek". Czy opisy doświadczeń dzieci mamy uznać za spotkanie z wymyślonym przyjacielem? Doświadczony badacz, Bud Hopkins pokazywał dzieciom obrazki: Santa Claus, Batman, klaun, policjant, dziewczynka, Żółw Ninja, typowy Szarak, chłopczyk, czarownica, szkielet. Dziewięcioletni chłopczyk wykrzyknął: "Znasz moich przyjaciół".

Pewna dziewczynka skarżyła się na swoją lalkę, która zrobiła w nocy coś okropnego. Następnego dnia wszystkie lalki zostały poszarpane. Kiedy dorosła, nie pozwalała swoim córeczkom bawić się lalkami. Niechęć i fobia minęły, gdy psychiatra ujawnił jej porwanie podczas dzieciństwa.

Dzieci bywają odwiedzane przez bezwłose Szaraki, o okrągłej głowie, trzymające kulę, świecącą neonowo zielonym światłem. W dwu innych przypadkach dzieci opisywały lśniące kule światła. Dzieci opisują również istoty o pomarańczowej skórze. delikatne Szaraki oraz dobrze zbudowane pomarańczowe osoby.

"Star Trek", mój ulubiony serial, pokazywał życie astronautów na statku "Enterprise" wyłącznie od strony wykonywania zadań. Ich osobiste pokoje, o ile takie były, sypialnie, łóżka spełniały wyłącznie rolę użytkową. Nawet automaty do produkcji żywności wydawały geometryczne, standardowe porcje, ale były. Nic takiego nie ma miejsca na statku Obcych. Porwani nie wspominają o łazienkach, łóżkach czy kuchniach. Pomieszczenia są pozbawione dekoracji. Nie ma ani jednego typowego dla ludzi zdjęcia rodziny, a przecież piloci nie rozstają się ze zdjęciem żony czy synka. Obcy nie sypiają, nie jadają, nie bywają rozgniewani, nie żartują. Są pozbawieni emocji. Nasze, ludzkie emocje są według mnie ich największą sprawą.
Na 203 przypadki, w których jest opisywany wygląd istot, 137 są humanoidami, 52 ludźmi, 14 niehumanoidalne. Większość humanoidów to wysocy blondyni, w typie nordyckim, Nordole. Bywają istoty przypominające mumie czy znaną kukłę z reklamy opon Michelin. Widuje się nawet kudłate karły czy trole. A tak na marginesie, te kudlate karły szczególnie mnie interesują, gdyż przeszły do bajek, co jest ważnym procesem przemiany symbolu.
Nordycy mają żywe niebieskie oczy i nimi właśnie wpatrują się w oczy człowieka, rozciągniętego na stole do badań. Pochyla się tak nisko, że niemal dotyka twarzy. Patrzy intensywnie, wbija człowiekowi do mózgu obrazy i wysysa emocje, które wciąż stanowią dla obcych coś nadzwyczaj pożądanego, cennego i niemożliwego do zrozumienia. Cóż, chłodny robotyczny obcy nie jest w stanie pojąć naszych gorących uczuć czy głębokiego przerażenia, które jest niby czarna woda. To dla nich obce.
Kiedy niemal dotykają twarzy, człowiek nie czuje lekkiego powiewu wiatru, który jest oddechem. Urodziwy Nordol nie oddycha. Każdy wygląda tak samo. Już nasza nauka zbliża się do zrozumienia ich jednolitości i nazywa ich klonami.
Nordol może z góry traktować Szaraki, mając wzrost przystojnego Ziemianina, a więc metr osiemdziesiąt. Szaraki, licząc zaledwie 90 cm, sięgają im do paska. Porwani ludzie opisują twarze Szaraków jako owadów czy modliszek, tymczasem Nordol, o jasnych włosach sięgających do ramion, spogląda ze zrozumieniem i miłością. Ma wręcz ojcowskie cechy, troskliwość, opiekuńczość, jest młody i wszystko wie. Nosi dopasowany uniform. Tylko mu skrzydeł brakuje, by mógł pełnić rolę Anioła Stróża. Dostał je na innym polu symboliki.
Towarzyszą mu Reptilianie, o jaszczurze gładkiej skórze, równe mu wzrostem, o obliczu przypominającym dinozaury. Przyglądają się kocimi oczami, w których lśnią złociste szczeliny. Mają cztery pazury połączone brązową skórą. Nieprzyjemne, wredne, groźne i fałszywe. Czym są, psychodynamicznymi istotami? To niepewne założenie.
Małe Szaraki o dużej głowie, wybrzuszonej z tyłu, mają gładkie rysy, szczątkowe nozdrza i podbródek. Brak im uszu, nie mają włosów. Porozumiewają się telepatycznie. Niesamowite są ich oczy, z pewnością noszą specjalny typ gogli, tak to nazwijmy, do skanowania mózgów porwanych. Patrzą i nawet nie mrugną swymi czarnymi migdałowymi oczami.
Korpusy ich są płaskie, cienkie, nie wygląda na to, że mają jakiekolwiek organy poniżej pasa. Nie wydaje się, by mieli układ kostny czy mięśniowy. Nie mają nadgarstków, tylko trzy palce, porwani nie zauważyli kciuka po przeciwnej stronie dłoni.
Wydaje się, że niektóre istoty można zaklasyfikować do płci żeńskiej, co ludzie czynią raczej intuicyjnie. "Kobiety" wydają się być delikatniejsze i mają wdzięk.
Wielu porwanych donosi o kilkukrotnych badaniach na statku. Lekarz dał jednemu z takich ludzi posthipnotyczną sugestię. Następnym razem człowiek powiedział: "Przejmujemy kontrolę, wiemy, co robicie i w jakim celu". Usłyszał dyskusję, prowadzoną na boku. "Czy mamy przerwać eksperyment?", niepokoił się Nordol. "To wszystko wina Szaraków". No i wszystko jasne, nareszcie ludzka cecha, czy raczej wada.





niedziela, 12 listopada 2017

To nie sen



 

Ludzi wywleka się z łóżek przed świtem. Unosili się w powietrzu, przenikali przez ściany, czując tylko drobne drżenie. Kiedy wrzucano ich z powrotem, przypominali sobie, co im zrobiono. Chcieli wierzyć, że to sen. Czuli, że coś jest nie w porządku. Szukali pomocy psychiatry.

 

Amerykański psychiatra John Mack wyznał, że po czterdziestu latach praktyki żadne z zawodowych doświadczeń nie uczyniło go przygotowanym do zetknięcia z ludźmi, utrzymującymi, że zostali porwani przez ufitów. Poważnie się obawiali, że ich relacje będą odrzucone z niewiarą, a oni sami zostaną wyśmiani. Ich opisy wyglądały jak rzeczywiste wydarzenia, zawierały wiele szczegółów, a co więcej, nie miały wspólnej symboliki. Dla każdej z tych osób przeżycia były bardzo emocjonalne i bolesne, traumatyczne, jak to się teraz mówi.
Czy porywano tylko osoby o określonych cechach, na przykład nadwrażliwych fantastów o umiejętnościach paranormalnych? Nie udało się ustalić jakiegokolwiek wspólnego wzoru psychopatologicznego. Wprost przeciwnie, ludzie odznaczali się psychiczną adaptacją i zdrowiem umysłowym. Nie udało się ich zaklasyfikować do jednego typu osobowości. Nie jest tak, że są porywane tylko osoby wierzące lub szczególnie wrażliwe czy uduchowione lub na odwrót. Psychiatra nie znalazł również jednego wzoru sytuacji rodzinnej, to znaczy - nie są porywane wyłącznie osoby samotne czy rozwiedzione, czy w jakiejkolwiek innej sytuacji społecznej.
Używam określeń ludzie albo porwani, a nie obiekty, czy stosując jakieś inne określenie, rzekomo naukowe i bezstronne. Ufologowie używają słowa "wzięcie", dla mnie jest zbyt obojętne. Byli porywani, cierpieli, nie mogli się pogodzić z potwornością gwałtu, jaki im zadano jako ludziom.
Nie udało się określić porwanych jako grupy mającej cechy wspólne, to znaczy, że tylko pewni ludzie mają takie doświadczenia, które łatwo zaklasyfikować jako fantazje, sny, omamy. Pochodzą ze wszystkich grup społecznych. Psycholog John Mack obejmował badaniami studentów, budowlańców, sekretarki, biznesmenów, pisarzy, komputerowców, muzyków, sekretarki, bramkarze z nocnych klubów, akupunkturzystów, pracowników stacji benzynowych czy urzędników pomocy społecznej.
Niektórzy z nich doskonale funkcjonują w społeczeństwie, potrzebowali tylko wsparcia ze strony psychologa, aby zintegrować na nowo swoje życie; inni czuli się całkowicie przytłoczeni tym przerażającym przeżyciem, pojawiały się u nich filozoficzne refleksje i wymagali większego wsparcia od psychologa.
Rozmawiał z wieloma porwanymi, ich relacje zawierały wspólne cechy, mimo że te osoby nigdy się ze sobą nie komunikowały.
Pierwszym znakiem, że ma nastąpić porwanie, jest niewytłumaczalne pojawienie się niebieskiego albo białego światła, które dosłownie zalewa sypialnię. Slychać również dziwne brzęczenie albo buczenie. Odczuwają niewytłumaczalne wrażenie czyjejś obecności. Widzą postać humanoidalną lub nawet kilka, które asystują człowiekowi aż do unoszącego się w powietrzu statku. Wiem, określenia brzmią zabawnie, wolimy nie wierzyć, że to się stało. UFO stacjonujące ponad domem, gdieś na niebie, ma różne rozmiary, od paru stóp do setek jardów. Często jest srebrzystym albo metalicznym cygarem, spodkiem, miewa kopułę. Spod dna obiektu wydobywa się silne światło: białe, niebieskie, czerwone. Teraz już rozumiemy, że jest związane z napędem. Wokół obiektu bywa rząd okienek, również wypełnionych światłem. Czasami człowiek jest  transportowany wprost przez nocne niebo do statku matki. Widzi zarysy terenu czy swój dom, który obniża się z wielką prędkością. Porwany często się opiera i walczy, na próżno, ale daje to człowiekowi wrażenie, że nie jest bezwolną ofiarą.
Porwania zdarzają się nocą lub podczas wczesnych godzin porannych.
Człowiek mówi sobie, że śni.
Psycholog jednakże doprowadza go wnikliwymi pytaniami do zrozumienia, że w ogóle nie zasnął albo też właśnie się obudził. Człowiek czuje subtelne przesunięcie świadomości, ale ten stan jest realny, a nawet bardziej niż "normalny".
Czasami człowiek doznaje szoku i smutku, kiedy przed psychologiem przekonuje się, że to, co uznał za wygodne tłumaczenie jako sen, było pewnego rodzaju dziwnym, przerażającym i żywym, wyraźnym doświadczeniem, dla którego nie ma żadnego wyjaśnienia.  
Po pierwszym kontakcie, zobaczeniu kosmitów, porwany zazwyczaj jest unoszony w powietrzu, płynie - tego słowa najczęściej używa. Przenika przez ściany domu, okna czy przez dach samochodu. Kilku humanoidów towarzyszy mu w tej drodze, podróży. Jest spraliżowany przez dotknięcie ręką kosmity, czy też jakimś instrumentem. Może poruszać głową, zazwyczaj widzi, co się dzieje, chociaż najczęściej zamyka oczy, żeby zaprzeczyć lub uniknąć realności wydarzenia. Czuje totalną bezradność, pomieszaną z przerażeniem.
Czasem dostaje się do statku przez jego dno albo owalne okna na brzegu. Chociaż najczęściej nie może sobie przepomnieć momentu przejścia. Znalazł się w małym ciemnym pokoju, "poczekalni", westybulu. Zostaje zabrany do dużego pomieszczenia, jasno oświetlonego. Jest chłodno, czasem panuje jakiś odór. Sufit i ściany są półokrągłe, najczęściej białe. Podłoga wydaje się ciemna, czy czarna. Wzdłuż ścian ciągną się urządzenia przypominające komputery. Sala ma kilka poziomów, balkony i alkowy. Żadne z urządzeń ani pomieszczeń nie przypomina niczego, co znamy. Brak mebli, są krzesła, stół na jednej nodze, który może przyjmować różne pozycje, przechylać się w różne strony podczas badania. Panuje sterylna atmosfera jak w szpitalu, jakby mechanistyczna.
Zazwyczaj widzą więcej istot, a te są bardzo zajęte, wykonują różne czynności: monitorują urządzenia i zajmują się porwanym. Wyglądają różnie: są wysokie, jakby przejrzyste, czy nie całkowicie materialne. Widuje się reptilianów, wykonują mechaniczne czynności. Są nordycy, nawet ludzie, używani do czynności pomocniczych. Aktywne są grays, małe humanoidalne szaraki, około czterech stóp.. Mają duże głowy jak gruszki wybrzuszone z tyłu, długie ramiona ztrzema lub czterema długimi palcami, wąski korpus, cienkie nogi. Bezwłose, bez uszu, szczątkowe nozdrza, wąska szczelina na usta, którą rzadko otwierają. Najbardziej wyraziste są czarne oczy, duże, skośne, zaokrąglone od strony nosa, szpiczaste od brzegu głowy. Nie ma białka ani źrenic. Czasem widać oko wewnątrz oka, może są to gogle. Oczy mają wielką siłę, człowiek nie chce w nie patrzeć, unika, czuje przerażnie, utratę woli, tożsamości.
Lider jest wyższy, ma nawet pięć stóp, twarz jak szaraki. Wydaje się starszy, miewa zmarszczki. Kieruje procedurami. Ludzie traktują go ambiwalentnie.
Używają psychicznych znieczuleń. Instrumenty wysyłają energię lub wibracje i człowiek nieco się uspokaja. Jest mniej przerażony czekającym go bólem lub czuje się zrelaksowany. Często jednak terror, przerażenie, ból, wściekłość są tak silne, że znieczulające instrumenty nie mogą zmniejszyć doznań i emocji.
Człowieka rozbierają. Nagiego  lub w koszulinie, kładą na stole. Tam się odbywa większość procedur. Ludzie widują kilku innych poddawanych badaniom. Nawet wielu. Studiowanie wydaje się bez końca, szaraki się wpatrują, ich wielkie oczy, niemal dotykają człowieka. Człowiek czuje, że dokładnie znają zawartość jego umysłu i przejmują nad nim kontrolę.
Pobierają próbki skóry, włosów i próbki organów z wnętrza ciała. Używają różnych instrumentów, opisywanych dość dokładnie. Penetrują wszystko: zatoki, nos, oczy, uszy, inne części głowy, ramiona nogi, stopy, podbrzusze, genitalia, rzadziej klatkę piersiową. Intensywnie chirurgicznie penetrują czaszkę, ludzie uważają, że zmieniają ich system nerwowy. Najczęstszą i najwyraźniej najważniejszą procedurą jest badanie systemu rozrodczego. Instrumenty penetrują podbrzusze, pobierają spermę i jajeczka lub je zamrażają.
Ludzie po wszystkim zgłaszają się do lekarza, pokazują ślady, cięcia zadrapania, wkłucia, ale przecież trudno udowodnić, że są pozostałością po badaniu na statku kosmicznym.
Kilkadziesiąt lat temu badano implanty, wszczepione ludziom. Stwierdzono, że zawierają jakieś włókna i węgiel. Od tamtego czasu nauka postąpiła do przodu i włókna nazywamy nanorurkami. Przez dziesiątki lat implanty badał dr Roger Leir, poświęcając swą karierę naukową, uznając ważność celu. Kiedyś może skonstruujemy urządzenie, noszone przez szaraki i służące do wpływania na umysł i komunikacji telepatycznej i zrozumiemym czemu mają takie wielkie oczy.

Tematowi implantów i dokonaniom doktora Rogera Leira będzie poświęcona dzisiejsza (12 listopada 2017 roku) dyskusja w Radiu Paranormalium. Warto posłuchać, zachęcam.

Na podstawie: "Abduction - a critical reader" by John E. Mack, M.D., professor of psychiatry at the Cambridge Hospital, Harvard Medical School.


środa, 1 listopada 2017

Dwa krzesła, dwie bujdy




Zwykle krzesła, aż zbytnio, a przecież stały w gabinecie generała Rameya w Fort Worth. Na oparciu pięć szczebelków. Krzesła podsunięte pod ścianę. Z tyłu kaloryfery pod oknem. Na jednym zdjęciu generał demonstruje balon meteorologiczny. Na drugim, takim samym krześle, tyle że później, Jesse Marcel również robi nas w balona. 

 

Jest 8 lipca 1947 roku. Reporter miejscowej gazety James Bond Jonhson robi na zlecenie redaktora naczelnego dwa zdjęcia w gabinecie generała Rameya w Forcie Worth. Polecono mu sfotografować szczątki obiektu, który runął z nieba i się rozbił. Dziennikarz spodziewał się, że zostanie zaprowadzony do hangaru. Zaproszono go do gabinetu generała. Był ubrany w wyjściowy mundur i miał czapkę na głowie. Czyżby się spodziewał wizyty bardzo ważnej osoby? Niemal nie zwrócił uwagi na dziennikarza robiącego zdjęcie. Odwrócił głowę. Ma zmartwioną twarz i nieobecny wyraz oczu. Prawą ręką nieco przysłania usta. W lewej, wyprostowanej, trzyma zmiętą kartkę. Co jest na niej napisane? Zdjęcie fascynuje mnie od lat.
W poprzedzających dniach generał Ramey przekazywał do prasy wiadomości o tym, że latający spodek został przetransportowany samolotem do centrum badań w bazie Wright Field. Pozostałości obiektu otrzymał z Roswell Army Air Base. Transportem zajmowały się trzy bazy lotnicze, tymczasem w jego gabinecie pokazano dziennikarzowi sflaczały balon meteorologiczny, ważący sto gramów, opary na kijku. Czy ludzie łyknęli tę bujdę?
Dan Wilmot wraz z żoną obserwował 2 lipca o godz. 22 tajemniczy obiekt. Coś spadło na farmie Brazela w Willpoint. Właściciel zawiadomił szeryfa, ten pchnął wiadomość w górę. Nadszedł 8 lipca. Był to dzień gorący w wydarzenie, wszyscy musieli biegać jak szaleni, żeby się zmieścić w czasie. Do prasy podano wiadomość tej treści: "Pogłoski o latających spodkach stały się prawdą, kiedy to oficer wywiadu z 509 Oddziału Bombowego z Roswell Army Airfield zabezpieczył szczątki, które spadły na farmę w poprzednim tygodniu". 
Oficerem był Jesse Marcel. Załadował pozostałości na B-29, by pokruszone kawałki jakiegoś obiektu dotarły do Wright Patterson Air Force Base w Dayton Ohio, gdyż tam mieści się FTD - Foreign Technology Division - Wydział Obcych Technologii.
Bystry dziennikarz miejscowej gazety McBoyle dotarł na miejsce kraksy wyprzedzając wszystkich. Od niego pochodzi informacja o małych ludzikach, na które się tam natknął. Nie można jej było potwierdzić, gdyż nagle zachowanie władz zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Rozmowa telefoniczna McBoyle'a została przerwana w pół słowa. Słyszano w tle, jak się  kimś spierał. Radio, które na żywo podawało jego sensacyjną relację, otrzymało pisemną wiadomość: "Przerwać transmisję. Powtarzam: natychmiast przerwać transmisję. National Security Agency". Relację urwano. Stacja radiowa KGFL z Nowego Meksyku otrzymała telefon z zagrożeniem, że zostanie cofnięta licencja, jeśli nie przerwą nadawania wiadomości o zbieraniu pozostałości po obiekcie. Mówiono o znalezieniu metalu o nieznanych właściwości. Informacja o małych ludziach została potwierdzona przez pilota z B-29 oraz przez pielęgniarkę z bazy. Mnie ich świadectwa nie przekonują. 
 Marcel nie dotarł do Wright Patterson. Samolot zatrzymał się w Fort Worth w Teksasie. Tam właśnie spotkał się z prasą i podał wiadomość o balonie. Zrobiono mu zdjęcie. Kuca przed krzesłem, trzymając w obu rękach jakąś tkaninę, która jest pewnie pozostałością balonu. Patrzy się w górę na kogoś stojącego po lewej stronie. Mnie dziwi jednak krzesło za jego plecami: jest identyczne jak to, na którym siedzi generał Ramey, obok niego dwa z takimi samymi szczebelkami, po lewej stronie okno, a pod nimi kaloryfery. W tym samym gabinecie pozowali reporterom po kolei generał i oficer wywiadu Marcel.
Mówi się również, że Marcel przyniósł jakieś fragmenty obiektu do domu i pokazywał swojemu synowi. Byłaby to skrajna nieodpowiedzialność. Nieznane przedmioty mogłyby stanowić zagrożenie dla dziecka. Nie sądzę, że Marcel to zrobił. Trudno mi uwierzyć, że oficer wywiadu, będący pod taką presją, zbiera fragmenty obiektu z ziemi i wkłada je sobie do kieszeni. Czy to możliwe i prawdopodobne, że powróciwszy do domu po konferencji, na której musiał kłamać, wiedząc, że najwyższe władze nalegają na zachowanie ścisłej tajemnicy, powołując się na bezpieczeństwo narodowe, opowiedział dziecku o tym, co robił na służbie, o czym nie wolno mu było nawet puścić pary z ust. Jednocześnie mówi się, że był tak wielkim służbistą i tak solidnie strzegł tajemnicy, że nawet po kilkudziesięciu latach  nie chciał nic mówić na ten temat. Podkreśla się bardzo jego uczciwość i prawość, tymczasem powiedział: "Wiesz, synku, tatuś pakował szczątki UFO do samolotu, ale to tajemnica, masz, pobaw się tym kawałkiem metalu, on się zgina i sam odgina". Określenie pamięć kształtu jeszcze nie istniało.
Co więc dostali do zbadania uczeni cywilni i wojskowi z FTD? Było to tak sensacyjne, że w ciągu kilku minut zmieniono informację. Marcel nie dociera do Wright Patterson, wraca do Fort Worth, gdzie odbywa się konferencja prasowa. Generał i oficer wywiadu zostali zmuszeni do podania balonowej bzdury. Zadaniem Marcela, było trzymać prasę z dala i ją wyciszyć.
Podobno ów spodek miał około 30 stóp. Rozbił się na drobne kawałki, a było ich tyle, że użyto trzech samolotów. Co działo się na miejscu upadku? Mówi o tym kartka papieru, którą Ramey zgniótł i trzymał w ręku, gdy odbywała się konferencja prasowa. Dlaczego jej nie odłożyć na biurko? Wszystko odbywało się w szalonym pośpiechu. Bez wątpienia wyciągnął kartkę z dalekopisu w chwili, gdy już wchodzili dziennikarze. Przeczytał ją, zgniótł i trzymał w ręku, pozując do zdjęcia i spoglądając gdzieś nieobecnym wzrokiem, zastanawiając się, jak rozegrać tę partię.
Zasłona dymna przy użyciu UFO, tak dotychczas użyteczna i skuteczna, okazała się konieczna do wymazania. O czym mówi telegram trzymany przez Rameya? O ściąganiu dodatkowych oddziałów wojska i przekazaniu ofiar do pewnej miejscowości. Czyżby wojsko było potrzebne do pokonania kilku humanoidalnych istot o wzroście dziecka? A jeśli nie, to do czego byli potrzebni żołnierze i kto zginął? Sprawa była o wiele poważniejsza. Z tego też powodu nadal zezwala się nam sądzić, że był to latający talerz, który się rozbił i kilku delikatnych humanoidów.
Myślę, że ukrywano coś znacznie ciekawszego. Po wojnie rozpędzona gospodarka amerykańska realizowała nowatorskie i wyprzedzające epokę programy technologiczne. Czas naglił, trwał wyścig z ZSRR. W National Air and Space Museum możemy podziwiać czarny samolot, o lśniącej powierzchni i wąskim, obłym kształcie. W roku 1954 ogłoszono specyfikację maszyny. Cztery lata później firma North American opracowała samolot.
To wydaje się późno w stosunku do wydarzenia w Roswell. Proszę zwrócić uwagę, że samolot miał nazwę X-15. Był to więc piętnasty z kolei wypuszczony egzemplarz. Ile czasu potrzeba, by wyprodukować samolot o nowatorskiej technologii, począwszy od planu, narysowanego na papierze. Czy pierwszy, załóżmy, wypuszczono na próbny rejs właśnie w 1947 roku? Nie bez powodu zamieściłam poprzedni wpis o obserwacji Kennetha Arnolda z 24 czerwca tego samego roku. Arnold był pilotem i twierdził, że obserwował ziemski obiekt na rejsie próbnym. Niekoniecznie musiał to być poprzednik X-15. Z pewnością program budowy tego samolotu nie był jedyny, a raczej należał do jednego z wielu.
Dlaczego nagle wygaszono wiadomość o latających spodkach, dotychczas tak użyteczną? W szczątkach obiektu znajdowało się coś, co pod żadnym pozorem nie powinno zostać ujawnione. Istniała realna możliwość, wręcz pewność, ze relacji radiowej przysłuchują się nie tylko ludzie zafascynowani mitem kosmicznych obiektów, które spadły z nieba, ale również twardo stojący na ziemi inżynierowie, specjaliści, fachowcy, eksperci, znający się na lotnictwie, budowie silników czy metalurgii.
Bo właśnie w tym samolocie użyto nowatorskiego  materiału konstrukcyjnego, newralgiczne elementy zostały wykonane z tytanu. A co najważniejsze, zastosowano nowy stop Inconel-X. Jego właściwości przekraczały wszystko, co istniało: pręta nie można było przeciąć piłą tarczową. Rozgrzewany palnikiem, topił się po przekroczeniu pewnej temperatury, spływał i natychmiast zastygał. Wystarczyło  więc, że zafascynowany reporter wykrzyczał do mikrofonu: "Co ja tu widzę, spływający metal, który zastygł", by eksperci z Foreign Technology Division - Wydziału Obcych Technologii, zorientowali się w niebezpieczeństwie. A jak zareagowali przeciwnicy z drugiej strony globu? Fascynująca wiadomość. Podskoczyli na krześle i podnieśli słuchawkę telefonu: "Towariszcz pierwyj sekretar".
Nie interesowały ich małe ludziki.

Generał Ramey przeczytał wiadomość o ofiarach. Trzymając kartkę, spoglądał zgnębiony przed siebie. Wiedział, że samolot był pilotowany przez ludzi, ilu zginęło?
W roku 1995 odgrzano temat ciał kosmitów z Roswell. Pojawił się film z ich rzekomej autopsji. Ciało rozciągnięte na stole przypomina ludzkie, czaszka nieco zniekształcona. Podejrzewam, że to dowód raczej na odrażające programy badawcze. Tak zwane, badawcze.